wtorek, 12 maja 2015

KUKIZ Paweł

Zatrzęsła się polityczna estrada tzw. III Rzeczypospolitej, bo oto wbiegł na nią Czarny Koń w masce Pawła Kukiza. Nic to, że przyśpiewywał głuptacko na kijowskim Majdanie, nic to, że gada jakże często od rzeczy, które poświadczają jego naiwną polityczną rzecz... Nic to – albowiem ludziska powierzyli mu swoje głosy wyłącznie dlatego, że mu zaufali! Przecież tubylczy tłumek nie ma żadnych intelektualnych narzędzi, by rozpoznać, która myśl akurat mądrością jest do powszechnego użytku! Tedy na nic się tu zdają akrobatyczne umysłowe figury. 

czwartek, 7 maja 2015

BOJKOT

Wprawdzie tak czasem bywa, że bojkot zdaje się być jedynym honorowym sposobem zaznaczenia niezłomnego Ducha, jednakże przy okazji dajemy świadectwo słabości, co raczej spotka się nie tylko z drwiącym grymasem strony przeciwnej – bo ona do innych wartości jest przyspawana – ale także będą to rozczarowane miny własnych zwolenników. Tak więc jest to manifestacja na tyle skuteczna, by podkreślić nasze skłonności samobójcze.
Bojkot wyborów prezydęckich zdaje mi się więc niefortunnym pomysłem w takich okolicznościach przyrody, które wskazują na ich szczególny statystyczny i referendalny charakter!
Za chwilę prezydęckie będą wybory. Daj głos, Polaku! Za chwilę Twój głos nikomu nie będzie potrzebny!

sobota, 2 maja 2015

BOBOLÓWKA

Tydzień przed prezydęcką rzeżączką albo kolejną rzezią Pogan, spłynąć zechciała na Motłoch światłość jakaś wiekuista, albowiem proboszcz tej parafii Andrzej Duda, ogłosił był wreszcie z ambony z właściwym sobie charyzmatycznym wdziękiem – i nie owijając w bawełnę – swoje prezydęckie aspiracje. Miejsce to było o tyle właściwe, że jako długoletni ministrant pobierał w kruchcie lekcje retoryki i tak mu ta rola przypadła do gustu, że nie tylko postarał się u prezesa o namaszczenie na Najwyższy Urząd, ale i szaty liturgiczne na barki włożył w słusznym przekonaniu, że ta mistyfikacja wyniesie go do tabernakulum, tego świętego dla katoli puzderka, bo katolacy już dawno zatracili słowiańską tożsamość, a więc  prezydęcka monstrancja Dudy niechybnie zegnie im kolana.

I tu trzeba przywołać innego prezydęckiego aspiranta o ksywce "Referent", który legitymuje się imieniem i nazwiskiem, przybierając małodusznie postać Grzegorza Brauna. Osiągnął on już taką granicę śmieszności, że nawet słowiańskie nimfy z litości, pospołu z katolickimi klechami, unoszą tego pretendenta do Najwyższego Urzędu nad zatrutymi bagniskami, gdzie błyskają zwodnicze ogniki.
Owóż ten reżyser zbiorowych emocji – przed egzekucją – także podsuwa krzyż skazańcom do pocałowania, za nic mając zamęczonego w okrutnych męczarniach przez kościelną katolicką jurysdykcję Kazimierza Łyszczyńskiego, który ośmielił się w swoich prywatnych zapiskach wątpić w boskie posłanie mitycznego Jezusa, wskazując na jego instrumentalne wykorzystanie.

Bobolówka – czyli trupi zaduch!

piątek, 24 kwietnia 2015

PETELICKI Sławomir

W obliczu śmierci generała Petelickiego wypada się powstrzymać od sarkazmu, aczkolwiek Generał bardzo się starał być osobą publiczną, a ta funkcja zdejmuje parasol ochronny dla zwykłych śmiertelników. Trudno mi więc nie wspomnieć moich dawnych spostrzeżeń na temat dojmującej jego frustracji. Nie mógł się najwyraźniej pogodzić z odstawieniem na garnuszek emeryta. Tedy tu i ówdzie dało się słyszeć, że i jakiejś wojskowej ruchawce gotów jest przewodzić. Chodził więc nawet do Radia Maryja! Byle być, byle się gdzieś przydać. Tymczasem przydawał się w różnych radach nadzorczych na ten przykład, albowiem był to facet do wynajęcia – bo przecież GROM nie służył Polsce. (Jest nawet takie zdjęcie przedstawiające Petelickiego, jak się z oddaniem pręży przed jakimś umundurowanym dupkiem z Waszyngtonu). Dlatego jego lamentacje na temat stanu polskiej armii wydawały mi się zawsze operetkowym przedstawieniem, gdzie konieczny bas brzmi niechcianym falsetem.
I te przechwałki, że GROM (na zlecenie kowbojskiej terrorystycznej potęgi) "wyeliminował blisko pięciuset terrorystów"... (My decydujemy, kto jest terrorystą).

Zbrodnia i kara albo grom z jasnego nieba.

17 czerwca 2012

niedziela, 19 kwietnia 2015

KOPACZKA

Pospolite narzędzie do kupienia w każdym supermarkecie. Potrafi sama kopać na głębokość jednego metra bez żadnego zabezpieczenia, aczkolwiek 22 centymetry też uchodzi za długość pożądaną. Jednakże trudno dociec, czy jej dawny pracodawca uległ jej urokowi, bo dzisiejsza Kopaczka ma wyraźne kompleksy. Dlatego przejazd rosyjskich motocyklistów ("Nocne Wilki") przez polski katolicki Bantustan traktuje jako prowokację. Wnoszę tedy, że pomieniona w nagłówku  chce raz na zawsze pozostać dziewicą w zakresie intelektu. Będziemy więc mieli niebawem nową Matkę Boską...

W tej sytuacji nikogo nie powinno dziwić, że i ja już od dawien dawna wyję do księżyca.

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

LICHO

Wedle dawnych wierzeń Zły Duch – jakże dotkliwie i namolnie przymocowany do naszych życiorysów. Licho jednak nigdy nie śpi, bo ma wciąż do wykonania złą robotę, której nikt inny sprostać nie jest w mocy.

Może tedy nie będzie pozbawione znaczenia tak frywolne przypomnienie, że zanim Gumka Majtek Sakiewicz przejął na warszawskim Majdanie "Gazetę Polską", dotychczasowy naczelny ssak Piotr Wierzbicki miał swoje publicystyczne tarło z panią redaktor Elżbietą Isakiewicz, która redaktorskie szlify zdobywała pod świetlistym znakiem Oleksandra Kwaśniewskiego primo voto Stolzmana, chociaż ja nie wierzę w tak nikczemne insynuacje.

Kiedy więc żoliborski harcerzyk z pomocą sił tajemnych spławił Piotra Wierzbickiego, ten – w słusznym urazie na niesprawiedliwość dziejową – popłynął prosto do Gazetki Wyborczej uskrzydlonej Adasiem M.
Tak więc jakaś siła tajemna tkwi w nazwisku: Isakiewicz, Sakiewicz, etc.

I jak tu nie być przesądnym?

(15 marca 2014)

sobota, 11 kwietnia 2015

RYSIA

To kocię pojawiło się znienacka. Późna jesień już była, a więc głód o tej porze to nie przelewki. I oto przebywałem sobie na moim niebotycznym dachu, a tu tak rozpaczliwy nagle krzyk słyszę Błotniaczki, że o mało nie dokończyłem żywota piętnaście metrów poniżej. Zbiegłem tedy, i jeszcze zobaczyłem u moich gołębi oblizującego się kota – przybłędę. A tu Błotniaczka z rozwianym włosem, niczym krzyk zduszony Edwarda Muncha, tylko niemym gestem mi wskazuje, że nasze gołąbki martwe są.
Kocisko, które chciałem natychmiast w odwecie zamordować, wyczuło jakoś moje mordercze zamiary i schowało się pod Kukuruźnika. A ja patrzę, że gołąbki jak najbardziej zdrowe są i nawet żadne pióro nie zostało im wyrwane. Za to słyszę z infernalnej przestrzeni rozpaczliwe miauczenie, dobywające się jednak wyraźnie spod Kukuruźnika. 

W następstwie takiego rozwoju zdarzeń, do późnej nocy siedziałem pod moją kamienną ścianą, przytulając małego kotka do piersi. Ja, oficjalny nieprzyjaciel kotów!
Kotka otrzymała moje imię, bo to jednak kot jest puszczański albo syberyjski. Musi to być więc przynajmniej tajny wysłannik prezydenta Władimira Putina.
Mniemam, że tzw. służby znikającej Rzeczypospolitej rozpracują bezinteresownie tego przebranego za kota rosyjskiego (ruskiego – jak kto woli) agenta!



piątek, 27 marca 2015

LATANIE

Od zarania, a więc od chwili, gdy rozstałem się z plemnikiem mojego protoplasty, szukałem możliwości wzniesienia się w powietrze. Chmury zdawały się najbliższą Obiecaną Ziemią. Na nich budowalem mój Dom i na tych chmurnych łąkach galopowały moje konie. Ziemia zdawała się tymczasowym schronieniem.
Potem  ktoś  wykradł  z  mojej  biblioteki  książkę  o pilotowaniu Kukuruźnika (PO-2), uniemożliwiając mi w ten sposób dalsze doskonalenie pilotażu. Wprawdzie i Polikarpow miał taką przypadłość – wedle obowiązującej obecnie doktryny – że był Rosjaninem, ale mimo to poczciwa Parkotka była dla mnie zawsze skrzydłem, prócz szybowca, na którym wzbijałem się ponad chmury.

Dzisiaj naprawiam mojego Kukuruźnika (mercedes 310), który wprawdzie tylko na czterech kołach przestrzeń pokonuje, ale i on przecież potrafi w szczególnych okolicznościach pofrunąć. Wystarczy, że dorobię mu skrzydła!

niedziela, 22 marca 2015

LEŚNICZYNA

Takie imię jej nadalem, ale trudno pominąć ważniesze aspekty. Otóż jest Leśniczyna moją sąsiadką zza lasu. Niestety mężata jest i dzieciata, ale wciąż jeszcze w niewoli grzechu. Ona sama także wysyła czytelne znaki i potrafi porwać na mnie koszulkę w afekcie. Ja tam nie jestem takim akcjom przeciwny, ale mam na uwadze jej męża, który chowa w szafie dubeltówkę. Tak więc na nic grzeszne myśli o dzikim seksie, także dla Leśnych Dziadów. 
Kiedy jednak idę do Puszczy, za każdą sosną czyha na mnie Leśniczyna. Gdybym tak był świerkiem... to i Puszcza by się ostała!

sobota, 21 marca 2015

KABOTYN

To zjawisko tak jest powszechne, że mało komu przyjdzie do głowy taki zamysł, ażeby tworzyć nową definicję. I otóż ja się odważę, albowiem niezmiernie tanim kosztem, teatralnie katolicki i fetowany na parafiach prezydęcki kandydat niezmiernie katolickich zbawców Rzeczypospolitej nie wyczerpuje znanych definicji, które w słownikowym skrócie określają takiego delikwenta jako człeka lubiącego tanie efekty, komedianta i efekciarza. Wprawdzie nadałem temu jegomościowi ksywkę "Referent", ale i ona jakże jest kaleka w próbach sklasyfikowania tego przedstawiciela ssaków jako trywialnego manipulanta.
Dlatego przywołuję w tym miejscu po raz wtóry owego kandydata, uzupelniając ową definicję.
Owóż takim Kabotynem jest instruktor strzelnicy Grzegorz Braun – mniemam że ze znikomym  przeszkoleniem bojowym – wynoszony przez policję z siedziby PKW z manifestacyjnym różańcem w rękach.

Powiedziałem!

niedziela, 8 marca 2015

MAKOWSKI Aleksander

Naczelnik XI Wydziału Departamentu I MSW zajmującego się – i zupełnie słusznie – tzw. demokratyczną opozycją w czasach PRL. Jaka ta opozycja była w istocie, mogę prawić przez trzy wieczory. Dzisiaj pan pułkownik został literatem i bryluje w telewizyjnych stacjach męki pańskiej, bo obowiązuje także byłych oficerów wywiadu rytuał katolicki, albowiem dali się bez widocznych oporów przewerbować na ten izm w rycie rodem z Wall Street. Wprawdzie pan pułkownik albo jego podwładni mają na swym koncie i taki sukces, że starali się w kretyński sposób zastraszyć Błotniaka, ale mnie takie działania zawsze dość skutecznie śmieszyły, a to dlatego, że przyjęcie takiej metody w operacyjnym działaniu jest nad wyraz nieskuteczne i wzmacnia w rozpracowywanym obiekcie poczucie świętej racji, co już prostą drogą prowadzi do uświęconego męczeństwa z fanatycznym wsparciem. Mimo to oglądałem każdego ranka przewody hamulcowe w moim Garbusku, bo współpracownicy Makowskiego albo on sam przyjęli taką metodę nacisku, w której mogłem zginąć w wypadku samochodowym – aczkolwiek nigdy nie traktowałem poważnie takich ostrzeżeń z przyczyn natury technicznej.
Po przełomie został pan pułkownik pogromcą mitycznego Bin Ladena, współpracownikiem wywiadu brytyjskiego i zlokalizował nasze największe zagrożenie w Rosji.
I to jest wystarczająca puenta!

poniedziałek, 2 marca 2015

KUNDLIZM

Nawoływałem, w różnych miejscach moje literki zostawiałem i nic nie pomogło. Tedy zmuszony jestem do jawnej konfrontacji.
Owóż wszelakiej maści publicyści – papierowi i internetowi – wciąż muszą się posługiwać naszymi Mniejszymi Braćmi w swoich polemicznych urojeniach, aby szczególnie wykazać marność ludzkiej kondycji swoich przeciwników.  I tu mają do dyspozycji takie epitety, jako ostoję niewolniczo kopiowanej bredni:

Skundlenie!
Zezwierzęcenie!
Zbydlęcenie!
Łże jak pies!
Małpi rozum!
Ptasi móżdżek!
Ujadanie kundli!
Syjonistyczne kundle!
Kąsające ratlerki!
Głupie gęsi! (krowy)
Te świnie! (wieprze)
Ty suko!
Ty baranie!
Ty niewierny psie!
Pies! (o policjancie)
Zwierzęca propaganda (J.M.Rymkiewicz)
Wreszcie tak spopularyzowany przez Wańkowicza
Kundlizm!

I tak dalej w tym stylu, w ten deseń, w ten szlaczek, bez żadnej refleksji... Chociaż i to z należną uwagą wypada dodać, że mają takowi pisarze i publicyści znamienity wzór rodem z Ukrainy. Otóż niejaki Maksym Żeleźniak takie wśród ukraińskiego ludu propagował hasło: "Polak, Żyd i pies to jedna wiara", więc wieszano polskiego dziedzica razem z jego psem!

FYM

czyli FREE YOUR MIND. Swego czasu swoisty internetowy autorytet dla zagubionych poszukiwaczy i statystów. I oto, po wydaniu przez ultrakatolickie wydawnictwo jego książki p.t. "Czerwona strona Księżyca", facet przeistoczył się w inną formę materii, co jest elegancką formą nazwania wariactwa. Taka jest bowiem naturalna poniekąd konsekwencja nazbyt karkołomnego rozjechania się literackiej fikcji z rzeczywistością, mimo że tak wielu uwierzyło w te księżycowe brednie smoleńskiej maskirowki. Pozostali więc zbolali i opuszczeni wyznawcy, uwiedzeni zwodniczym czarem jego literackich urojeń.
Cóż teraz pocznie owa sekta smoleńska bez swojego kapłana, który na ich głupocie i łatwowierności odprawił swoją mszę... i tak drastycznie zrobił ich w przysłowiowego konia?

Zaiste, każdą rzeczywistość można – przy pomocy "artystycznej" kreacji – skorygować do założeń głównego planu! W tej sytucji Uwolnienie Swego Umysłu (USU) wydaje się już być prostym socjotechnicznym zabiegiem. A w szczególności – uwolnienie od wszelkiej zgubnej myśli!

(2013)

czwartek, 26 lutego 2015

SZCZĘŚCIE

"A ty mnie na wyspy szczęśliwe zawieź"... – prawił poeta Gałczyński. I ja, kiedy tylko nauczyłem się odróżniać literki, w te Wyspy Szczęśliwe uwierzyłem i zaraz popłynąłem na Tahiti, gdzie malarz Paul Gauguin dotarł (niestety) przede mną. Tak więc rodowód wyspowy i artystyczny zdawał mi się oczywistą koniecznością dla zrealizowania tej podróży.
A jednak, zamiast budowy pełnomorskiego żaglowca, utknąłem w kamiennym pejzażu na dawnej Wyspie, którą w przeszłości ze wszystkich stron obmywały fale jeziora. Ale i dzisiaj ten Zakątek zachował wszelkie wyspiarskie atrybuty.
Kiedy więc tutaj przybyłem, kiedy spojrzałem na daleki mglisty brzeg – to tylko szepnąłem, że z tego  wyspowego pagórka widać WSZYSTKO!

Szczęście – czyli stan najwyższej uwagi!

niedziela, 15 lutego 2015

BŁOTNIACZKA

Ci, którzy tak się męczą przy czytaniu moich felietonów, mają przynajmniej czasami odrobinę wytchnienia. A to za sprawą malunków Błotniaczki, która już od czternastu lat trwa zawzięcie przy moich skrzydłach, chociaż zwykle przebywa daleko ode mnie. Taki układ jest zapewne dobroczynny dla długotrwałego pożycia jeszcze w tradycyjnym sensie, gdzie chłop jest chłopem, a baba babą. Wprawdzie mój sąsiad powiada, że jak kogoś nie widzieliśmy pół roku, to już nic nie jest ważne, ale ja, nie mając na widoku lepszej alternatywy, oddaję się złudzeniom filozofów.

Tak czy siak Błotniaczka to prawdziwy Cud Natury, chociaż czasem kłócimy się zażarcie. I z takich kłótni wyrosło kilka ilustracji, które zdobią moje felietony. Ja tworzyłem opisowe podłoże, a Błotniaczka malowała... To była niezwykła współpraca, i bardzo żałuję, że ustała – zapewne z powodu poczucia małej przydatności. Chociaż gdy z maleńkiej fotografii przywołuje Błotniaczka umarłe życie, gdy stają na obrazach w naturalnej wielkości żołnierze Rzeczypospolitej odnalezieni w rumowiskach domów, nasi dziadowie i matki w dziecięcych wózeczkach, to tyko odwieczne pytania zamierają nam na ustach...

Poza tym umie Błotniaczka tak niezwykłe filcowe rzeczy wyczarować: te łodyżki, pąki i kwiaty z dalekiej Oceanii albo jeszcze dalej... I ten nasz wspólny secesyjny fortepian tak sromotnie porzucony.
Zaiste, jak można marnotrawić tak pracowity talent!?




niedziela, 8 lutego 2015

KORWiN

Powstała nowa (kolejna) partia Janusza Korwin-Mikkego. Logo tej partii to orzeł (jeszcze tradycyjnie biały) i nazwa KORWiN z podziałem kolorystycznym na dwa człony. I w pierwszym odruchu zachwyciłem się graficzną wyobraźnią, bo WOLNOŚĆ I NIEPODLEGŁOŚĆ stały na afiszu. Ale zaraz oprzytomniałem, albowiem ukazał mi się zza węgła złowieszczy KOR. Wychodzi przecież szczególna układanka: KOR i WiN.
Jakże więc tak nośna symbolika potrafi być zdradliwa... Prezes najwyraźniej – po kilku nieudanych próbach rozwalenia UE – wrócił na stare śmiecie.

(Dopisane 20 kwietnia).
Nie trzeba było długo czekać i orła zastąpiła korona, złota naturalnie – jak przystało na królewski ród. Przy okazji dowiedziałem się, że źle rozszyfrowałem literkę N. Otóż to żadna tam Niepodległość! To tylko Nadzieja!
I tu zachodzę w głowę, jak tak doświadczony i inteligentny wieczny aspirant do polityki, mógł tak obrazić swój polityczny rozum.

piątek, 6 lutego 2015

ODMÓŻDŻENIE

Wprawdzie to pojęcie ma wiele odniesień, ale czyż oszczędne opisanie fragmentu może czynić szkodę?
Tedy odmóżdżenie katolickich beczących w każdych okolicznościach owieczek – ma zawsze tylko jeden wymiar. A więc: wszystko, co dotyczy ich doktrynalnej praktyki w publicznej przestrzeni nie może podlegać żadnej analizie. Ale, jeśli już się zdarzy mimo zakazu –  i tak każda próba najbardziej udokumentowanej historycznie refleksji musi się spotkać z ich nie tylko agresywną pogardą, ale i sądową karą – bo i w tej religijnej materii mają przez wieki oparcie. I zgodnie z tradycją oddają cudze gardła celebrantom na katolickich ołtarzach pod skrzyżowaną belką.  

I można by te wszystkie religijne wzdęcia pominąć miłosiernym milczeniem, gdyby nie to, że ci obdarzeni duchem świętym paserskiego pochodzenia – w zgodzie ze swoim destrukcyjnym etosem – wciąż uzurpują sobie prawo do trzymania rządu dusz pospołu z każdą władzą świecką.


niedziela, 1 lutego 2015

FRODA

Umarła Froda.
Gołąb uratowany niegdyś od niechybnej śmierci.
Ale śmierć przecież nie odpuści i poczeka...
Pochowałem ją dzisiaj na moim przydomowym cmentarzyku.
Spoczywa tam Pigwa, jamnior mój długowłosy cudowny. Spoczywa Juszeńka.
Spoczywają dwie syberyjskie wiewiórki.
– Bo przecież najpierw umierają nasze Zwierzęta.


piątek, 23 stycznia 2015

BUJAK Zbigniew

Jak mi niegdyś z dumą chazarska rodzina UB–ckiego ministra opowiadała, ukrywał się u nich Bujak w   stanie wojennym. I to był swoisty majstersztyk opozycyjnej legendy, bo nikomu przecież z komunistycznych "siepaczy" nie mogło przyjść do głowy szukanie Bujaka w pokoju obok. Ja wprawdzie domniemywam, że miejsca pobytu Bujaka były doskonale Organom wiadome – a przynajmniej jego utajnionej w wewnętrznych strukturach części. Bo przecież po to była ta cała hałaśliwa impreza, ażeby przygotować kadry dla nadciągającej – rozbiorowej po wsze czasy –koncepcji utylizacji Rzeczypospolitej. Tedy jakże tu poważnie, dla publicystycznej oracji, można traktować plenipotencje generała Kiszczaka, skoro on nawet tak jawnej ekspozytury wykryć nie zdołał?...

Zaledwie kilka lat później nadszedł czas zbierania plonów. Oto ten prześladowany niemożebnie przedstawiciel klasy robotniczej z Ursusa, stał się jednym z ojców założycieli koncernu Agora S.A!  I zaraz z elektryki przeskoczył zgrabnie na magistra politologii, prezesa Fundacji Batorego, prominentnego działacza kilku partii, naczelnego celnika, posła i wykładowcę Uniwersytetu Warszawskiego i co tam jeszcze – bo lista jest długa. A teraz ten osobnik głosi doktrynę wojenną, w której rolą polskiego żołnierza ma być umieranie za ukraińskich oligarchów i banderowski odurzający koktajl. – Zaiste, Giedrojć nie wiedział co czyni!

Czy więc Zbig nie jest czasem zwykłym, wypchanym szczególnym etatowym etosem popychadłem?
Tak sobie a Muzom pytam...






środa, 21 stycznia 2015

IDIOTA

Wszyscy moi Drodzy Czytacze to zapewne wiedzą, że Błotniak nie używa inwektyw. Taki bowiem skrót myślowy może być jedynie świadectwem naszej publicystycznej porażki. Aliści wciska mi się pod pióro pewien jegomość z Piaseczna, brylujący od lat na salonach alternatywnej Rzeczypospolitej, której co i rusz wyspecjalizowane ekipy robią sztuczne oddychanie – dla publicznej uciechy. Chociaż,  jak się komuś w końcu zemrze, to jest przecież okazja, aby sobie popić i podeżreć – a takie uczestnictwo w stypie zawsze jest lepsze, niźli wybieranie jedzenia z śmietników. Widać tu rękę strategów...

Mimo to zamierzam niezłomnie obdarzyć tą inwektywą niejakiego Rafała A. Glebowicza. A to za te jego bezcenne slowa: "...Łyszczyński /.../  był dla współczesnych Breivikiem chwyconym za rękę tuż przed odbezpieczeniem broni".

Co prawda, wedle Glebowicza, ja sam zapewne jestem agentem wpływu albo pożytecznym Idiotą – na nic więc tu moje grymasy! Tedy – na wszelki wypadek – oświadczam z mocą, że Rafał A. Glebowicz Idiotą nie jest!


ROZBIEŻNOŚĆ

Różnić się w opiniach – jest statutowym obowiązkiem każdego myślącego człowieka. Ale jak wytłumaczyć aż taki faktograficzny rozjazd?

Dr Lech Kowalski (jeden z aktorów zatrudnionych w filmie Grzegorza Brauna "TOWARZYSZ GENERAŁ") : – "w 1968 roku usunięto z wojska 1400 oficerów pochodzenia żydowskiego".
(Oświadczenie to ma wyraźnie naganny charakter).

Generał Wojciech Jaruzelski : – "usunięto 104 oficerów pochodzenia żydowskiego".
(To wyznanie podane jest z zakłopotaniem i w tonie przepraszającym).

I nich mi ktoś powie, że publicystyka nie ma tu pola do popisu...




piątek, 9 stycznia 2015

OLEKSY Józef

Coraz częściej wypada mi pisać o świeżych nieboszczykach, co nie może być dobrym znakiem, aczkolwiek Bogowie mogli mieć inny zamiar!
A tu tłoczno w tej parafialnej salce, bo nawet zdeklarowani komuniści woleli sobie zostawić furtkę dla Zbawienia Wiecznego w katolickim parafialnym sklepiku, zamieniając sutannę na garnitur sekretarza wojewódzkiego PZPR albo innych nomenklaturowych pomazańców. I tu Józef Oleksy dość wcześnie rozpoznał ówczesną rzeczywistość i zatrudnił się w odpowiednim resorcie. Ja akurat dość powątpiewam, że ten strzelisty akt spowodowany był bezinteresowną miłością do Rzeczypospolitej (Ludowej), ale dopuszczam i taki scenariusz, albowiem nie dysponuję aktami dla ostatecznego werdyktu. Wprawdzie jego udział w kilku radach nadzorczych też daje do myślenia, ale staram się nie być aż tak małostkowy, bo przecież służyć Ojczyźnie należy tylko w eksponowanych i dobrze płatnych zajęciach.
Mimo to – jakże wiele wątpliwości musi wzbudzać jego cała polityczna kariera, której jedynym nośnikiem nie mogła być przecież aura jowialnego Wujaszka Wani umoczonego w bolszewicki eksperyment.  Bo nawet i Czechow umierał nieodwracalnie – odwracając się do ściany – chociaż Imperium zdawało się trwać po wieczne czasy.
I oto, jak wieść niesie, wystąpi Józef z przemówieniem na swoim pogrzebie, bo któż lepiej zadba o jego dobre imię. Przy okazji może powiedzieć to, co w doczesnym życiu wzbraniał się publicznie powiedzieć, chociaż wiedza w tym zakresie zdaje się funkcjonować już od dawna w dość powszechnym tubylczym odczuciu. 

Jest więc Józef Oleksy – w swojej Drodze w Zaświaty – zaledwie przypomnieniem, że wciąż nie wiemy, kto i w jakim celu przywołał nas tak okrutnie do Istnienia, z którym nie umiemy sobie żadną miarą poradzić.

Jak można było przewidzieć – nie uszanowano jego ostatniej woli, urządzając w zamian pokaz hipokryzji. Póki więc ta mowa pogrzebowa gdzieś nie wypłynie, pozostaje lepiej przyswoić sobie jego krystaliczny zarys oceny niektórych żałobników, dokonany bezinteresownie w pamiętnej rozmowie z Aleksandrem Gudzowatym w jakiejś knajpie. – (dopisane w dniu 16 stycznia 2015).


środa, 7 stycznia 2015

FAKSYMILE

Moi Drodzy Czytacze oraz podglądający mnie usilnie strażnicy i internetowi "redaktorzy", pewnie już zauważyli, że dość często moje z założenia oszczędne komunikaty nie stanowią w chwili ogłoszenia zamkniętej formy. A to dlatego, że publikowane w tym miejscu teksty są z mocy mojej decyzji brudnopisem, czyli szkicownikiem, gdzie wszelkie kleksy i wahania pióra mają być zaznaczone. To naturalnie zwykle znika w dalszej obróbce, aliści nie ma we mnie takiej potrzeby, by moje pióra stać się miały kiedyś zafałszowanym eksponatem w Galerii Ludzkiej Niegodziwości!
Tak więc zdarza się, że po napisaniu zasadniczej sekwencji, przez następne dni spieram się z samym sobą. Albowiem – po wielu moich internetowych doświadczeniach – taką nabyłem przypadłość, że najlepszym polemistą w takiej konfiguracji jestem tylko ja sam. I stąd wynika moje tutaj usprawiedliwienie.

Osobną kwestią są moje felietony w Dziupli i tutejsze wypociny. Bo i to daje się zuważyć, że dzieli je narastająca sprzeczność. Ale taki jest mój podpis, który z niechęcią tutaj zostawiam w poszanowaniu dla tzw. wyższych oczekiwań i konieczności.

piątek, 2 stycznia 2015

NOWAK Andrzej

Jeszcze jeden Nowak, bo w Polszcze Nowaków dostatek! I, dla uwiarygodnienia tego fenomenu, nie ma potrzeby przeprowadzania dowodu rzeczowego w zakresie genealogii nazwisk, bo ostatecznie mały mieliśmy wpływ na tarło naszych prababek i pradziadków.
Tym razem to zaledwie proffessorek z krakowskiego grodu, któremu bynajmniej ten tytuł nie wystarcza i chciałby jeszcze zaznać glorii w prezydenckim majestacie. I, jak się dorwie do mikrofonu, to mu leci proffessorska ślina na każdy temat, a szczególnie dobrze się czuje jako chwilowy mąż stanu. Tedy baja o rosyjskiej hipnozie, która w putinowskiej Rosji tak wbrew ich woli Rosjan zniewoliła. I ten   proffessorski bajarz, z zwodniczą lekkością swego krasomówstwa, wielkodusznie ofiaruje oto Rosjanom – dla ich i polackiej szczęśliwości – własny projekt rozbioru Rosji, co zapewne tylko przypadkiem współgra z wojenną doktryną Wuja Sama. I jakże jest oburzony, że ten tak pogardzany  Putin nie dopuścił do powstania na rosyjskim Krymie pokojowej bazy proffessorskiego Wujaszka zza oceanu albo kuzyna z Pustyni Negew, a jeszcze się ośmielił zadrwić z kowbojskiej potęgi, która chciała sobie na Morzu Czarnym rzekomo tylko popatrzeć na swój ukraiński lunapark.

Oto wielebny przedstawiciel – złowieszczej dla Rzeczypospolitej – myśli politycznej na Arcanie!

sobota, 27 grudnia 2014

URBAN Jerzy

Jest dziś Jerzy Redaktor Urban klasykiem! A to dlatego, że już za moich szczeniackich czasów miałem dojmująco wynaturzone marzenie, ażeby się spotkać z Urbanem na ubitej ziemi, gdzie będzie możliwe  publicystyczne fechtowanie wśród zakurzonych księgozbiorów i nasłuchów szeptanej propagandy.

Bo właśnie on wydawał mi się nie tylko godnym intelektualnie przeciwnikiem, ale i na tyle honorowym gościem, który mi nie przywali w plecy znienacka... Tedy piórko z kupra sobie wyrwałem i czekałem na okazję – daremnie! Albowiem poszło w lud boży narodowe przekleństwo na kształt infamii, bo okazało się, że Urban przy wódce traci moralne hamulce, a Michnik swoje profetyczne zdolności. Taki ochlaj, pozbawiony duszpasterskiej pomocy,  doprowadził w istocie do stanu upadłości potężną Rzeczpospolitą: I tu nie będziemy się spierać o numerację...

Po latach Jerzy Urban zebrał na swoją skórę te wszystkie biadolenia mało rozgarniętej części tubylczego plemienia, które własne wady umyśliło sobie zapakować w jego posturę, w złudnej nadziei, że tylko on jest tych przywar nosicielem.
Tymczasem Urbanowi przywar ubywa, a ultrakatolickim patryjotom przywar przybywa. (Aczkolwiek zdumiewa mnie Urbana sztubacka prowokacja, kiedy występuje w szlafroku przecenionym na 4000 PLN, który zakupił sobie w proteście przeciwko torebce Daniszewskiej za marne 7.500 PLN).
Tak więc Urbana wiele kompromituje, jak i w wielu  móżdżkach dołuje, bo miłuje on całkiem niekoniunkturalnie generała Jaruzelskiego i Małgorzatę Daniszewską z jej torebką – co by nie powiedzieć jego własnością – a i tak wartą jeszcze grzechu damę, choć na odpuszczenie grzechu nie ma co liczyć. Albowiem ja – jako gwałciciel staruszek – dobrze wiem, w jakim organie ulokowane są ich marzenia. Ale dobra materialne też się w końcu liczą, mimo że  najbardziej zwracają uwagę wtedy, gdy przedstawiają masę spadkową.

Czyja to więc Kaczuszka pluska się w redaktorskim basenie w podwarszawskim Konstancinie, gdzie miałem w dzieciństwie czelność jeździć na plebejskie kolonie i na Jeziorce próbować mocy swego wiosła?
Odpowiedzi proszę przesyłać do tygodnika "NIE"! Redaktor tylko czeka na zaczepki! Mnie Redaktor raczej nie zaczepi...

P.S.
Wysłałem tę laurkę pani redaktor Agnieszce Wołk–Łaniewskiej. Aczkolwiek chętniej bym skoczył z panią redaktor przez ognisko i popływał nocą nago w jeziorze. Powodowany tedy samczą rozpaczą, idę samotnie zanurzyć się w przerębli...

piątek, 26 grudnia 2014

BARAŃCZAK Stanisław

Dzisiaj, w Bostonie, odszedł w Zaświaty. 
Zaraz też spadły z czołówek inne wiadomości, bo przecież Polanie ponad wszystko miłują poezję i troska o los "wygnanych" z Ojczyzny poetów zżera im wątroby przy wielkim chlaniu.
A ja pamiętam przecież swoje impresje, gdy jako rozgorączkowany nastoletni adept wymyślonej rzeczywistości, obracałem na wszystkie strony teksty publikowane w "Życiu Literackim" pod partyjnym przewodnictwem Władysława Machejka. Obok, przy biurku, Wisława Szymborska z Rottermundów, przystawiała stempelki użyteczności wierszykom nadsyłanym do redakcji. I mnie także zakwalifikowała — wprawdzie do przyszłej poetyckiej elity — co jednak nie zrobiło na mnie wrażenia, bo od zarania odporny jakoś jestem nawet na tak szlachetnie przyjazną retorykę.
Aliści zwrócił moją uwagę taki jegomość – któren nawet Machejka na pierwszej stronie znieważał, czyli się nad Machejkiem pastwił – bo jego fizjonomia okularnika była stanowczym dysonansem przy jowialnej twarzy redaktora naczelnego, co się w swoim ogródku na taką lubieżną konfrontację przymuszony był zgodzić. Tedy pisano o nim prawie bez końca, bo poezja lingwistyczna w szczególnych była łaskach u komunistycznych decydentów, co jest przecież wiele mówiącym paradoksem: – wciąż więc był nagradzany, wystawiany i nagłaśniany, stanowiąc prawdziwy ambaras dla poetyckich terminatorów. A chyba nie tylko ja ślęczałem nad tą zwodniczą tajemnicą Poezji bez wyrazistej iluminacji.
I oto dzisiejszy Denat, ten Pieszczoszek dawnych literackich koterii, nie wytrzymał tego głaskania i z wielkim hukiem prześladowczym porzucił Jałową Ziemię, której było na imię Polska. Potem napisał trochę wrednych wersów i oddał się lingwistycznym lokacjom w poezji Parkinsona, który umyślił sobie napisanie dramatów Szekspira od początku.

środa, 26 listopada 2014

BRAUN Grzegorz

Ja już od dawna miałem chrapkę co by tego gościa opisać — czyli i splendorów wątpliwej wartości Grzesiowi dodać. I oto nadarza się taka okazja, bo pan Grzesiu — monarchista Chrystusowy o ksywce "Referent"— stara się zorganizować polski Majdan wespół zespół z Matką Boską Stankiewicz!
Szkopuł w tym, że ma tak wydoskonaloną gadanę, że mało kto może się jej przeciwstawić, chociaż przeniesienie na literki jego wiecowej sztuki uwodzenia publiki, odkrywa ambarasującą rolę banialuków. Wprawdzie  bunt wedle takiego scenariusza nie jest może koniecznie Polsce potrzebny, ale uwiedzeni Grzesia retoryką możemy i tego dokonać, by została po nas zaledwie mokra plama. Ażeby tak się stało, należy wygłaszać z reguły słuszne opinie, które każdy średnio rozgarnięty potomek pogańskiej Polski ma przypisane niejako z automatu.
Albowiem pan Grzesiu dość już dawno opuścił niebieską planetę w widocznym przeświadczeniu, że Polsce już nic nie pomoże, poza germańską słowianofilią. Tedy przekuł germańską triadę (Kirche – Kinder – Küche) na polacki obyczaj: KOŚCIÓŁ — SZKOŁA — STRZELNICA!!

W kruchcie, pod sutanną proboszcza, ma dojrzeć to podrzucone Polsce  zgniłe jajo. Krucjata różańcowa pozbiera odpadki i łuski po wystrzelonych nabojach. Rozmodlony motłoch będzie już mógł bez żenady udawać Naród!


poniedziałek, 17 listopada 2014

TŁUMOK

Językowa wykładnia Tłumoka nie odbiega zanadto od jego ludzkiej zawartości. A więc jest to pakunek owinięty w worek. W worku tym wszelakie śmieci się zmieszczą bez obrazy. Bo przecież Tłumok szczególnie jest wrażliwy na punkcie swojej inteligencji, wiedzy i godności. A szczególnie ma Tłumok w ten sposób rozwinięte poczucie własnej wartości, że nie czuje się sam. Bo, gdzie nie spojrzy, widzi takie same Tłumoki. I w ten sposób jego, Tłumoka, wiara w swoją nieśmiertelność, stanowi fundament wszelkich bytów państwowych i nadprzyrodzonych.
Aliści w ostatnich czasach uzyskał Tłumok wiele atrybutów, które po wsze czasy dają Tłumokowi prawo do zabierania głosu w publicznej debacie, prawo do zasiadania w Sejmie i prawo niezbywalne do wrzucania w czeluść kartki wyborczej. Ażeby więc uzasadnić swoją błyskotliwą inwencję paple bez umiaru, że gotów jest iść na Moskwę, chociaż nawet nie wie, z której strony kałasznikow strzela, bo się kiedyś wybronił ze służby wojskowej udając idiotę, co odzwierciedlało w istocie stan faktyczny. Tak więc misja Tłumoka nigdy nie będzie zakończona, bo zapotrzebowanie na tworzenie z Rosji Imperium Zła będzie zapewne się rozwijać.  

środa, 5 listopada 2014

TESTAMENT

Nie, nie chcę spoczywać wśród innych Trupaków, którzy swoje życie wieczne zawierzyli cmentarnym symbolom katolickiej estetycznej perwersji, znanej także w literackich kręgach pod postacią turpizmu. Bo przecież ulegli tej manii  nawet zacni polscy poeci.
A więc ten krzyż przede wszystkim, ten złowrogi symbol ułomności naszych wyobrażeń o życiu po życiu, o Istocie Wiary!

Dlatego zarządzę, by moje prochy zostały rozsypane tu, w Bronnej Górze. Wśród moich kamieni i moich Zwierząt tak czułych.
A może zdarzy się, że niektóre molekuły mojego doczesnego ciała staną się budulcem w misterium Stworzenia następnych Błotniaków — którzy będą mieli taki kaprys, że dorysują trochę pięknych rzeczy do moich zaledwie szkiców?

Swarożycu — Bożycu, gdybym tak pożył jeszcze przynajmniej dwieście lat, to i ja mógłbym coś powiedzieć o rzeczach odwiecznych!

sobota, 1 listopada 2014

1 LISTOPADA

Dzisiaj, na chwałę oręża i myśli polskiej, wywiesiłem na kapliczce — w której przysiadł frasobliwy Swarożyc — polską chorągiew.
Przecież trzeba taki znak zostawić na grobowcu Rzeczypospolitej?!