niedziela, 30 stycznia 2011

FORTEPIAN

Moim pierwszym fortepianem była szara tekturka, na której namalowałem kredkami klawiaturę. Wygrywałem na niej na Targówku —  w okolicy dawnego majątku Hipsza , gdzie stały wyschnięte stawy, spichlerz starodawny i dworek pamiętający napoleońskie czasy, w którym mieszkała czas jakiś moja Mama, dziadek Lukasz i babcia Julia, i gdzie stało czarne, tajemnicze pianino — nie tylko gamy, pasaże i sonatiny, ale i nokturny, etiudy i sonaty.
Dzisiaj mam trzy fortepiany.
Pierwszy z nich to Alois Kern, zbudowany w okolicy roku 1867, z wiedeńską mechaniką, pięknie inkrustowany macicą perłową i mosiężnymi arabeskami.
Filc na młoteczkach i struny są wciąż oryginalne, wymieniłem jedynie skórkowe okładziny na młoteczkach i filc na tłumikach. Zanim przed laty trafił do mnie, stał wiele lat w izbie, w której ostatnie 10 lat swego żywota dokonała ociemniała Konstancja Gładkowska, pierwsza miłość i natchnienie naszego Fryderyka, dla której koncert fortepianowy stanął. Potem grała na nim wiele lat Maria Rycerska; po niej, już od jej siostry Wandy Wejher  — która  umierała na ulicy Floriana w Skierniewicach z taką dla mnie tkliwością  — odziedziczyłem razem z fortepianem stosik nut pochodzących jeszcze z I połowy XIX wieku.  Na tylnej listwie mechaniki pozostawił swój podpis stroiciel Jan Gąmbka z Pińczowa w roku 1904. Opisanie dziejów tego fortepianu — to zaiste  wciąż zadanie ponad moje siły.
Drugi fortepian to Grotrian-Steinweg, zbudowany w roku 1886 w Braunschweigu przez następców Th. Steinwega, który produkcję fortepianów rozpoczął w roku 1835. (Herr Steinweg — to amerykański Mister Steinway! ) Tu już mechanika jest angielska, a więc z podwójną repetycją. Lira, nogi i boki fortepianu zdobione są drewnianymi ornamentami roślinnymi i sylwetkami łabędzi. Podejrzewam w tym fortepianie dźwięk szczególnie piękny, którym nawet Glenn Gould by się zachwycił.
Trzeci fortepian, zbudowany także pod koniec XIX wieku, to Ernest Kaps z Drezna, który produkcję fortepianów rozpoczął w 1859 roku. Kupiłem go w niemieckiej szkole, która oddała walkowerem  walkę o jego dalsze istnienie. Ten fortepian przeszedł w moich rękach gruntowny remont, którego jednak wciąż nie  mam czasu zakończyć. Jest, też częściowo, pięknie pomalowany w duchu secesji.
Jako że mam jeszcze koncertowy (dł. 2,70 m) klawesyn Neuperta i dwie fisharmonie, a kupiłem za swego żywota 5 fortepianów (jeszcze Schweighofer i Kawai), każdy może bez trudu orzec, że straciłem przy sposobności połowę rozumu.


Fortepian Kaps - części nutnika
i fragment pokrywy, wymalowany przez Błotniaczkę,
 która i inne piękne rzeczy umie stworzyć.

piątek, 14 stycznia 2011

DEBIL Gerwazy

Żywot publiczny moich publicystycznych pasji i przepowiedni jest obrazem ciągłych klęsk. Nie mam więc wyboru i muszę moje klęski zamieniać w farmazony. Tym mocniej się utwierdzam w tak dramatycznym geście, gdy czytam teksty publicystów, którzy w starciu ze mną zwyciężyli. Temat to jednak rozwlekły, a ja się wychowałem na poetyckiej sentencji: NAJMNIEJ SŁÓW!
Często więc powstrzymuję się od komentarzy lub podaję je w tak skondensowanej formie, że i bardziej dociekliwi i pracowici ode mnie nie są w stanie przystąpić do tego kontredansa. Ideałem są tutaj redaktorzy różnych pism. Na przykład redaktor z "Najwyższego Czasu".
Wysłałem tam redaktorowi niegdyś mój felieton. Kiedy po trzech tygodniach nie było odpowiedzi, zadzwoniłem. Rozmowa była krótka.
 — A co to był za tekst?
Zapytał rzeczowo i wnikliwie pan redaktor. Podałem tytuł.
 — Jeśli to był taki tytuł, to ja na pewno tego tekstu dalej nie czytałem.
Odpowiedział zwięźle i uczciwie pan redaktor.
W ten sposób dowiedziałem się, że Gerwazy jest debilem.

UMER Magda

Śpiewała pięknie piękne piosenki. Niektórzy powiadają, że śledczy Humer był jej wujem. Inni, że ojcem.
Stopień pokrewieństwa nie może przecież oddać istoty rzeczy.
Ona śpiewała piosenki. On sadzał sanitariuszki AK na odwrócony stołek, aby śpiewały.
I tak dokonało się!

poniedziałek, 10 stycznia 2011

TWARDOWSKI Jan


To zdjęcie zrobiłem ks. Janowi w Łowiczu, w sierpniu Roku Pańskiego 1997. Wtedy właśnie zabrałem Go na wycieczkę do Nieborowa i Arkadii — nigdy tam nie był. Odwiedzałem Jego malutką dziuplę w  tajemnym ogrodzie Sióstr Wizytek, gdzie po krętych schodkach trzeba było się wspinać. Te dwie izdebki, urządzone z surową prostotą mnicha, były tą sferą, w której proces zanikania objawiał się w oszczędnych słowach ks. Jana, w Jego literkach zlewających się coraz widoczniej z tłem.
Nie spotkałem nigdy nikogo, kto tak jak On byłby nastawiony na słuchanie. On zaledwie, cicho i z lękiem, formułował ascetyczne pytanie. I zaraz pochylał głowę do swego rozmówcy. To był zapewne też nawyk wieloletniego spowiednika, który posiadł wiedzę o nędzy i rozpaczy ludzkiego żywota. Tak więc ja, ostentacyjnie prowokacyjny i filuterny, musiałem być dla niego jakąś zagadką. No i moja sprawność fizyczna, przy przeskakiwaniu zamkniętej bramy w Arkadii, wprawiła Go w szczególną melancholię.  Czyż więc mogłem bardziej boleśnie odczuć własne prostactwo? A ja chciałem, żeby zdjął tę swoją rudawą perukę, rzucił precz wytartą sutannę, i pobiegł ze mną w cień prastarych drzew. Ale On się skulił, jak przed nieuchronnym ciosem... I już w przeszłość nie chciał wracać.

Pisał potem do mnie listy na kartkach wyrwanych ze szkolnego zeszytu. I ja pisałem do Niego, ale już moje listy przestały do księdza Jana Twardowskiego dochodzić. Ktoś chronił już Jana  przed niepotrzebnymi wzruszeniami. Bo przecież testament można jeszcze było  inaczej napisać. Tak więc woziłem wciąż aniołka do Jego małych zbiorów, i przejeżdżając zwykle nocą przez Warszawę, usprawiedliwiałem się, że następnym razem...

Zostało mi kilka listów, kilka książek z dedykacjami, kilkadziesiąt zdjęć, i cicha prośba ks. Jana.
 — Proszę do mnie napisać.

Tedy piszę.

niedziela, 9 stycznia 2011

ORNITOLOGIA stosowana

Każdy może do atlasu ornitologicznego zajrzeć i się przekonać, że Błotniaki swych pazurów w butach nie chowają. Tak ich Bóg stworzył, aby tymi pazurami w razie potrzeby też pogłaskać umiały. A i ja sam, w procesie ewolucji, nauczyłem się gardzić padliną, umiem już jeść łyżką i staram się nie czkać przy stole, gdy inni mówią.
Oczekuję wszakże, że to moje nie do końca okrzesane zachowanie — z samej natury rzeczy przecież mi przydane — spotka się z naturalną u moich Adwersarzy miłosierną wyrozumiałością, bowiem jest jeszcze w ornitologii kilka wątków, które mój ptasi móżdżek zaledwie przeczuwa.

Nawet grzesznikom jest miła dawna postać Cnoty.

KUŹNIA kadr

Pewnie nie wszyscy zauważyli, że w strukturach "Gazety" — która zapracowała sobie wśród Polan na kilka hańbiących przydomków — powstało i rozwija zaszczytne tradycje Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego.
Otóż zatrudnieni tam śledczy, zwani dalej umownie dziennikarzami, prowadzą szczegółowe kartoteki przesłuchań wszystkich wystąpień publicznych, niezgodnych z duchem i literą talmudycznego prawa, co na co dzień przejawia się także uciążliwym brakiem certyfikatu koszerności od odpowiednich władz duchownych. I tutaj, najczęściej wywoływanym z celi imieniem jest "Radio Maryja".

I tak np. 14-minutowy dziennik poddany jest ścisłej "merytorycznej" i moralnej obróbce. Następuje więc szczegółowa analiza treści dziennika, realizowana twórczo poprzez opowiedzenie go własnymi słowami, przetykanymi dla rozluźnienia dramatycznego napięcia błazeńskimi minami. Raport ten z obserwacji i przesłuchania podejrzanego, zawiera dokładne dane na temat czasu trwania i miejsca przestępstwa, jak i opis chęci  przygotowania następnej zbrodni, chociaż akurat inwigilowany milczy z wiadomych względów. Na końcu raportu jest miejsce na wnioski. Te przytaczam w dosłownym brzmieniu:

"Tyle nędzy technicznej i moralnej oraz pogarda dla etyki dziennikarskiej w małym kilunastominutowym fragmencie programu Radia Maryja. To jedyna taka rozgłośnia. Ministerstwo powinno skontrolować poziom merytoryczny i moralny WSKSiM".

Rosną nam kadry do służby publicznej.

czwartek, 6 stycznia 2011

WOROSZYLSKI Wiktor

W dawnych, na poły już legendarnych czasach, zanim bogowie zesłali nam objawienie w postaci "Solidarności", przykościelne sale, podobnie jak i dzisiaj, były areną wywrotowej działalności. Już to samo przez się stanowiło wystarczającą rekomendację.
Z takiego nadania polskiej tradycji walk wyzwoleńczych, znalazłem się pewnego razu na kościelnym terytorium, w tłumku powstańczych aspirantów.
Bohaterem spotkania miał być Wiktor Woroszylski, którego wprawdzie otaczała aura dwuznacznej sławy pokolenia "pryszczatych", ale aktualnie starał się unieść narastający nimb wokół elitarnego klubu pisarzy, którzy zdecydowali się na figle przed marsowym obliczem komunistycznego półgłówka.

Kiedy więc ustał rumor i zapachniało nielegalną mszą z czasów pierwszych chrześcijan, Woroszylski oznajmił, że on tu przyszedł po to, aby odpowiadać na pytania, bowiem jest kilka zawiłych kwestii do wyjaśnienia. Publiczność zamarła w wyraźnym zakłopotaniu. Ja wprawdzie miałem na świeżo we łbie jego dziełko o Majakowskim, ale tego tematu nie odważyłem się poruszyć, bojąc się by nie uznano mnie za prowokatora.
Po długiej chwili krępującego milczenia i bezruchu, Woroszylski wycedził z wyraźnym trudem.
 — Ja przyszedłem na to spotkanie przygotowany, a państwo tego elementarnego obowiązku nie dopełniliście.
Po czym z rezygnacją zasiadł do głośnego czytania jakiegoś swojego tekstu w widocznym przeświadczeniu, że większość obecnych na sali jeszcze nie opanowała trudnej sztuki samodzielnego czytania.

Takie są te polskie sny pod śniegiem.

wtorek, 4 stycznia 2011

SIODŁO

Mam tych siodeł sześć i pół. To pół to dlatego, że jest to bardzo stare siodło bez terlicy, z tybinkami podszytymi filcem, z długimi przystułami, czyli dla krótkiego popręgu. Siedzi się jak na oklep, tyle że w strzemionach. Niestety, wszystkie te siodła są produkcji niemieckiej. Co nie znaczy, że Polanie siodeł robić nie umieli. Ale nawet moje pierwsze siodło sprzed lat było oficerskim siodłem austriackim, z  przytwierdzonymi pod tylnym łękiem szlufkami do zamocowania sakw, koca  lub worka na obrok. Kupiłem je od Wacława Chadaja, żoliborskiego siodlarza, od którego dowiedziałem się o Katyniu z wielu szczegółami, boć jeszcze smarkaty byłem. Tak bardzo mną te wiadomości wstrząsnęły, że dostałem gratis puśliska z chromowej skóry. Jakimś cudem siodło owo pasowało na moją klaczkę, która wtedy jeszcze się nie narodziła.

A więc pierwsze to siodło Sommer, drugie to Görtz, trzecie to Passier, czwarte to Kieffer, piąte to Kloster Schönthal, szóste to Stübben, no i ta połówka bez nazwy, antykwaryczna. Sommer i Görtz mają przedłużone poza tylny łęk ławki, a więc do dłuższych wędrówek zdatne.
Wielu nazywa polskie siodło wojskowe wz.25 lub jego rozwinięcie wz.36  (jednak protoplastą tych siodeł było angielskie siodło Universal Pattern 1902, jeszcze dość powszechnie używane w kawalerii II Rzeczypospolitej)  w które była wyposażona nasza kawaleria we wrześniowych bojach — kulbaką. Otóż nie była to kulbaka, bo, jako rzecze Kitowicz, kulbaka była turecka. Był, i owszem, jeszcze łęk i drewniany jarczak dla młodzieży, która to nazwa wzięła się zapewne stąd,  że tak nazywano  u Sarmatów jednoroczne bobry. — A więc skrzypiąca kulbaka, którą husarze potrzebowali, — "siodła one usarskie" — była włosiem wyściełana i suknem albo czarną skórą powleczona, ze szczególnie wysokimi łękami dla mocnego oparcia w bitewnych zapasach. Okucia łęków były mosiężne. Kawaleria II Rzeczypospolitej inne już gusta miała.

Mam więc tych siodeł sześć i pół. Ale najbardziej wspominam to moje oficerskie austriackie siodło, gdy z moją klaczką Strzałką szedłem w upale pustą drogą, owinąwszy jej głowę moją koszulą i oczekując od Niebios zmiłowania dla mojego konika — a Strzałka umierała mi co kilkadziesiąt kroków kładąc się z bólu na ziemi, bo polskiej katolickiej wiary niewiasta wsypała Strzałce do owsa w okolicach Kadzidła trutkę na szczury - zapewne w odwecie za moje sieroctwo.
Niechaj jej kości nie zaznają spoczynku!

I oto mój sąsiad narzeka, że siodło na jego koniu się nie trzyma, bo koń ma kłąb znikomy. Więc wymienić konia chce. Tedy powiedziałem, że kolejność jest odwrotna. Siodło pasuje się do konia — a nie konia do siodła.

Tak i Polski nie pasuje się do marnego felietonisty i wierszoklety, choćby najbardziej szlachetne miał zamiary.
 

 siodło Kieffer

niedziela, 2 stycznia 2011

KUPLETY wierszoklety

Maszeruje przez wertepy
Nasz Auturek jak los ślepy
A tuż za Auturkiem w pląsach
Wlecze się na cienkich nóżkach
Jego muza udręczona
Bo wierszykom poświęcona
Co to felietonu skróty
Wkłada teraz w swoje buty
I taka z Autura wyziera męka
Tak się na wszystkie strony obraca i stęka
Takie wzywa do pomocy moce
Że choćby tysiąc atletów
Zjadło tysiąc kupletów
To nie prześcigną przecież Autura
W jego mazurach.

Maszeruje przez wertepy
Nasz Auturek herbu Sznurek
Trolem się zasłania wdzięcznie
Tu zamruczy, tam przysiędzie
Wszystkie skrzaty zauroczy
Trola mając w własnej mocy
A przeć troll jest opisany
W sagach mrocznych i w Peer Gyntach
Co tu trolla przywoływać
Gdy to własny jest obyczaj.
I tak dalej, tym podobnie
Przez następne strony Księgi
Wlecze się ten rymów sznurek:
Już poemat jest gotowy —
"PAN AUTUREK"

piątek, 31 grudnia 2010

WINIKAJTIS Wiktor

Pan Wiktor nosił na piersi tabliczkę drewnianą z napisem: OSTATNI KAMEDUŁA. Skąd przybył — nie wiedział nikt, bo tego sobie życzyła tajemnicza fama. Jednak chyłkiem szeptano, że urodził się i mieszkał kiedyś w podsejneńskiej wsi. Zaciągał po litewsku, albo po polsku, w domku furtiana przy kościele  mieszkał. W każdym razie przybył tam kilka lat przede mną.
Czerstwy był, na zimno odporny, gadatliwy i przeczytał kilka książek, których treścią starał się zahipnotyzować swoje ofiary. Zawsze mi się zdawało, że dociągnie przynajmniej do setki. Do swojej izdebki nigdy mnie nie zaprosił, chociaż czasem wysłuchiwałem jego godzinnych tyrad drżąc z zimna i polemicznej pasji, dla której nie wykazywał żadnego zainteresowania; zdaje się, że nikogo tam nie zapraszał. Po cichu jednak namalował kilka obrazów świętych dla  kościoła, do których teraz okoliczna ludność się modli, nic w zamian nie otrzymując, co jednak nie może być zakwalifikowane jako czynność bezinteresowna. Apologeci wprawdzie starają się te obrazy umieścić w panteonie wielkich twórców, ale Winikajtis musi się czuć po tamtej stronie mocno zażenowany taką bezmyślną kwalifikacją, stanowczo nie na jego miarę. Oprowadzał ciekawskich turystów, wskazując na marność naszego żywota i żył na tyle samotnie, że prawie zawsze otoczony był tłumkiem słuchaczy.

I tak, w jesiennej porze, gdy znów przybyłem do osamotnionej Sabiny, mieszkającej u podnóża dawnego klasztoru, pan Wiktor zaczął mi opowiadać o pewnym Artyście, który w okolicy właśnie się osiedlił, kupując wymarły dom wiejski  — i nie omieszkał o tym swoim heroicznym czynie poinformować ówczesnej prasy, radia i telewizji. (Stąd wywodzi się moje przysłowie, że jak podobni Wybrańcy Bogów odwiedzą rankiem swoją sławojkę - wówczas i obecnie - to już w południe donosi o tym zdarzeniu Polskie Radio i TV). Artysta ów zjechał z całym dobrodziejstwem inwentarza i, jak zazdrosna wieść ludowa niosła, z walizką ówczesnych dewiz, użyczonych  mu wspaniałomyślnie w międzynarodowej organizacji, gdzie ów Wybraniec tyrał na chwałę i pomyślność ludów żyjących za dolara na dzień. I tylko boska rekomendacja sprawiła, że "komunistyczny reżim" - tak niewdzięcznie przezywany przez niego dzisiaj - pozwolił w stanie wojennym opuścić wredny PRL komuś o takim rodowodzie, który pozwalał poza granicami polskiej ziemi występować jako przedstawicielowi sztuki żydowskiej, zaś w Polsce po przełomie leżeć krzyżem w Kościele katolickim.  I tu się zaczął  pan Wiktor z zachwytem rozwodzić nad chędogim żywotem tego Artysty, nad jego potem i błotem — które znalazły swój wyraz na jego, Artysty, rękach.
 — Bo czy widział pan jego ręce, takie duże, spracowane ręce? -Zapytał mnie retorycznie.
A ja akurat owego Wybrańca znałem i pojmowałem już nieco mechanizm kreowania potrzebnych wszelkiej władzy autorytetów i z bożej łaski namaszczonych twórców. Więc tylko w nieco obronnym geście wyciągnąłem przed siebie moje łapy i zapytałem.
 — A te ręce, to według pana, czym się zaznaczyły?
Pan Wiktor obejrzał je dokładnie i orzekł z niejaką wzgardą i wyrzutem.
 — Pan to nigdy fizycznie nie pracował!
Byłem wtedy już po kilku latach samotnej pracy, dźwigając wielkie głazy, wznosząc potężne kamienne i drewniane ściany, szczepając sosnowe gonty — gdyż postanowiłem TRWAĆ właśnie w tym miejscu, na pohybel głupawce, w niezgodzie na opuszczanie Ojcowizny, w anonimowym trudzie codziennym i znoju, bez świateł scenicznej rampy, gdzie nie dyżurowali usłużni dziennikarze i inni propagandziści...
(Roman Opałka malował swoje "liczone obrazy", odmierzając w ten sposób równoległość unicestwiającego czasu i świadectwo własnego znikania aż do białego w bieli, aż do wyszeptanej ostatniej liczby, której nikt nie usłyszy. Kiedy umierał mój dziadek Łukasz, przywołał mnie - jedenastoletniego - i powiedział: dziękuję ci, Rysiu, że jesteś tak cicho... Ta cisza to najcenniejszy dar, który posiadam, pośród tego jazgotu i trywialnej dbałości o pielęgnację własnej mumii dla rozrywki obecnych i przyszłych pokoleń.)

Kilka lat potem  znaleziono pana Wiktora na schodkach przy murze klasztornym. Siedział czerstwy i odporny na zimno, w samej marynarce zaledwie, z drewnianą tabliczką, którą kładziono na piersiach umarłych zakonników.
Sabina umarła później, pozbawiona wszelkich literackich odniesień i medialnych doniesień, pracowicie schylona ku polskiej ziemi.

GŁOWA

Przyrostek nadmiernie wywyższony. ("Co jest głowa? Gęstego pełen garniec błota" — pisał poeta staropolski Wacław Potocki.) Uszlachcona w Głowackich, którzy lufę wrogiego działa czapką umieli zakryć, dając tym czynem uzasadnienie dla kilku, pozbawionych innej motywacji, narodowych powstań. Symbol ludowego heroizmu i pozytywistycznej obrony polskiej duszy, pojmowanej na opak. W PRL-u znów do chłopskiego stanu zdetronizowana za pomocą masowych festynów poparcia, które wspierali najzupełniej wspaniałomyślnie aktorzy (komedianci), pisarze i artyści, a więc duchowa elita Narodu, która zawsze stara się znaleźć gdzieś dla siebie w miarę wygodne miejsce.

Z tej przyczyny jest Głowa dotkliwym dowodem na przemijanie własnych wytworów.

wtorek, 28 grudnia 2010

TARCZA

Brak rzeczywistej dyskusji o celowości umieszczenia w stodole koło Słupska tarczy antyrakietowej, przynieść może Polanom wyjątkowe poczucie bezpieczeństwa.
Oto będzie teraz polska stodoła okupowana przez wojska Stanów Zjednoczonych i Rosji. Żołnierze rosyjscy dbać będą przede wszystkim o czystość intencji Wuja Sama, czyli żeby im ta rozwinięta  innowacyjna demokracja jakiegoś psikusa pod nosem nie zrobiła. Rola polskich żołnierzy nie została jeszcze przez sztaby tych armii sprecyzowana.
W ten prosty sposób zamysły naszych strategów przekroczyły ich najbardziej śmiałe marzenia, bowiem chronić będą Polski aż dwie potężne armie.

Tak więc polska myśl polityczna i cały przedział I klasy w tym widmowym pociągu zdążającym do unicestwienia Rzeczypospolitej, ma wiele powodów do dumy.
Zwykli pasażerowie proszeni są o okazanie dowodów tożsamości i poczytalności. I już możemy sobie wrócić do malowania sloganów na naszych transparentach, trzymając czujnie plastikowy mieczyk i takową tarczę w zębach.

BIAŁOSZEWSKI Miron

Kiedyś wziąłem na grzbiet Kicię Kocię i pofrunąłem do Magdalenki. Tam, za piękną kutą bramą, w zdziczałym ogrodzie, wśród potężnych daglezji, stał domek z liści, deseczek, gałązek i mchu. Tutaj święty Miron — w letnie ranki i wieczory — wycinał z gazet swoje wiersze, wklejał gazetowe literki do  nowych oszczędnych donosów. Któregoś dnia Miron wyszedł z domku i już nie wrócił... Na gwoździu wisiał jeszcze jego pomięty i poplamiony kapelusz, w kącie leżała sterta papierowych wycinków. Z tego śmiecia wyciągnąłem resztki szkolnego zeszytu w kratkę, ze śladami kuchennych naczyń stawianych na kartkach, z przylepionymi do nich zaschniętymi owadami...

Brudzik
Wtaplał się w to
A kałuża wyschła
Z pralni wyleciała
Kicia Kocia
Na tarze
W chmurach i w zadymie
Para się zgwizdała
Kołdra po zegara dzwonku
Wisi na sznurze
Na rąbku
A sznurek mi nogi splątał

Nie spać mi tu będzie
Nie widać

WODNIK Jańcio

Wystąpił w filmie Jana Jakuba Kolskiego. Tam spotkał Franciszka Pieczkę.

BUZEK Jerzy

Galionowa woskowa figura papierowego okręciku z załogą złożoną i z innych woskowych figur. Zdarzyło się jej zostać premierem w tzw. III RP. Ten niespodziewany kaprys losu wytrącił figurkę z profesorskiej powagi i zaczęła się sama produkować obficie w różnych teatrzykach lalek. Kukiełka ta, owinięta sztandarem "Solidarności", i marząc o prawdziwej karierze aktorskiej, przeżywała tak mocno fakt bycia premierem, że już na nic innego nie starczało jej sił.
Ażeby te nadwątlone siły uzupełnić, załapała się do Parlamentu Europejskiego, gdzie też kontynuuje swoją aktorską karierę i splendoru Rzeczypospolitej przysparza za marne honorarium. W związku z tym córeczka też została okrzyknięta najwybitniejszą aktorką roku.
Przed ostatecznym przeniesieniem do Gabinetu Woskowych Figur, wydała na świat podobną do siebie lalkę, która także — ale już zrządzeniem Opatrzności, tkwiącej w palcu Jarosława Prawego i Sprawiedliwego — została premierem i przybrała imię Kazimierza Odnowiciela Marcinkiewicza. W tę laleczkę nie dbające o rozgłos siły zainwestowały stołek w londyńskim banku, nie tak jeszcze dawno pieszczony tyłeczkiem naszej umiłowanej Hajki Prezydęt, ażeby rozpacz laleczki po utracie fotela w Warszawie znośną uczynić i dla przyszłości ją zachować.
Nawet w rodzinie pieniądze nie wszystkim jednako śmierdzą.

RZECZNIK prasowy

Facet ( lub — nie daj Boże — niewiasta ) stojący w rzece, po kolana w wodzie, z deską do prasowania.

(Dykteryjka ogłoszona publicznie w listopadzie 2006 roku).

niedziela, 26 grudnia 2010

KOŃ

Wypisy z "Nowych Aten" ks. Benedykta Chmielowskiego zrobiły w Polszcze zawrotną karierę. Byle inteligentny Głupek zna owo: "Koń jaki jest, każdy widzi"... dalej jest wprawdzie mowa o śmierdzącej kozie, ale ta metafora jakoś się nie przyjęła. Tak więc encyklopedyczne to hasło przytacza prawie każdy nasz domorosły inteligent i publicysta, gdy mu myśl zanika. Zapewne onegdaj wiedza o Koniach była większa, jako że żaden Sarmata nie marzył o BMW lub mercedesie, w których też konie pasają — czasami tylko połowa — ale i to przesłanie z tamtej epoki mówi nam co najwyżej, że Koń był związany z polskim krajobrazem i życiem codziennym naszych Przodków na tyle dotkliwie, że opisywanie Konia traciło wszelki sens. I tu się Chmielowski okrutnie pomylił, bo na opisywaniu Konia pióro może się zetrzeć.

Skoro jednak pisał to wszystko "Idiotom Dla Nauki", to może liczył i na nasz dowcip?

ŁOKIETEK Machowski

Czasem mi się otwierają kadry filmowej produkcji różnych knotów, w których realizacji brałem niechlubny udział.
Było to podczas "kręcenia" zdjęć do filmu "Kazimierz Wielki" w reżyserii Czesława i Ewy Petelskich, gdzie jako asystent scenografa przepuściłem na te moje projekty okropne pieniądze. Wszyscy wykonawcy ogromnie się do mnie łasili i usiłowali mi w różnej formie wciskać łapówki, nie chcąc stracić tak lukratywnych zamówień. Zupełnie zresztą niepotrzebnie, bo jakoś byłem odporny na takie psucie dobrych obyczajów.
W filmie tym króla Łokietka grał aktor (komediant) Ignacy Machowski. Machowski nie był wtedy jeszcze stary, ale konia bał się nieprzyzwoicie (podobnie jak i inny komediant Wiesław Gołas). No, ale jakże to, król Łokietek bojaźliwie konia dosiada? Nie jest to obraza dla piastowskich wojów? Toż dzisiaj publicysta Michalkiewicz i na koźle galopować potrafi...

Kiedy więc zaczęły się zdjęcia, Łokietek Machowski dumnie w dal spoglądał i mieczem swym żelaznem wszelkie wrogi odstraszał. Ja, dla wszelkiej historycznej pewności, jego konia poniżej oka kamery trzymałem, ażeby króla Łokietka nie narażać na patriotyczne wstrząsy, a niedobitkom Polan nie odbierać resztek nadziei.

Skoro jednak umarł aktor Ignacy Machowski, w czym miał szczególnego pecha, to może jeszcze prawdziwy król Łokietek żyw jeszcze?

piątek, 24 grudnia 2010

POLOWANIE na karpia

Z moim przyjacielem Zygą, zapalonym wędkarzem, poszliśmy kiedyś na nocne czuwanie w rozlewiskach wielkiej rzeki. O piwko też się postaraliśmy, i tylko noc zdawała się nam nazbyt żmudna i karpiom nieprzychylna.
Tedy idziemy, księżyc drogę nam oświeca. I Zyga mówi: to tu, pod tym wielkim drzewem...
A mnie coś tak tknęło i powiadam do Zygi, który w książycowej nocnej poświacie akurat się ukrył.
— Zyga, a może byśmy poszli trochę dalej?
Zyga, łaskawy chłop, zaraz mi przytaknął, i rozłożyliśmy się w następnej zatoce.
Siedzimy, piwko pijemy, noc się łaskawa w chmurach burzowych kryje, spławiki kołyszą się dostojnie, i jak nagle nie pierdutnie, to się z Zygą nawet nie zdążyliśmy ukryć pod najbliższym konarem. Ulewa przyszła tak nagła, takie grzmoty na nas spadły, że tylko swąd spalenizny zdołał nas z lekka zatruć, co wskazywało na niedalekie powinowactwo duchowe. Bo też i jeden piorun uderzył bardzo blisko... Zaraz potem zacichło wszystko i burza odeszła w kibini matir.

Kiedy rankiem wracaliśmy bez karpia, na tym niedalekim miejscu, gdzie Zyga sobie zwykle siadywał, leżało powalone przez piorun owo wielkie drzewo.

sobota, 18 grudnia 2010

MICHALKIEWICZ Stanisław

(hasło w trakcie opracowania)

FILIPSKI Ryszard

Mój imiennik, a więc niech nikt nie łapie mnie tu za słówka, bo przecież wiadomo, że wszystkie Ryśki to fajne chłopy... Wprawdzie za Filipskim ciągnie się zła legenda, a i wielu chciałoby go namaścić tytułem partyjnego komunistycznego watażki, ale i tak góruje nad tą tanią propagandą ethos Filipskiego jako niezłomnego żołnierza umierającej Rzeczypospolitej, czyli aktora (komedianta) Filipskiego, wypełniającego testament majora Hubala.

Filipski przebrał się oto w mundur i majora Dobrzańskiego z bezimiennej mogiły wydobył. Założył Jego kalesony, podkoszulek i Jego oficerki, wojskowe bryczesy w pośpiechu porannym wciągnął, na konia nakazał nałożyć siodło wojskowe wzór 36 (które nie jest jednak kulbaką) i głosem własnym ku chwale Rzplitej Go obdarował — nie bacząc na literackie dłużyzny, z którymi borykać się teraz mnie przychodzi. Reżyser tego filmu Bohdan Poręba też miał w tej inicjacji swój udział, ale powaliła go skala antysemickiego epitetu. Trudno więc orzec, czy prawdziwy polski bohater narodowy doczeka się kiedyś jakiejkolwiek wzmianki w podręczniku polskiej Historii — czyli w scenariuszu innego filmu o naszej codziennej małości, realizowanym uporczywie na potrzeby medialnie stworzonego pospólstwa. Przecież aktor (komediant) Jerzy Karaszkiewicz wspomina, że Filipski osobiście dopisał go do listy Żydów pod literą K. Tak więc komediant Filipski ma przechlapane w każdym względzie, bo komediant Dobrzański postanowił — na swoją zgubę — uwolnić polskiego orła z klatki, co nie mogło być miłe dla żydowskiej mniejszości, oczekującej wszędzie nie tyle orła, co wszędobylskiego żydowskiego Mesjasza. Trzeba tu jednak sprawiedliwie dodać, że prezydent Kaczyński miał inny pogląd i — wedle świadectwa jego doradcy — potrafił przez godzinę i piętnaście minut mówić w Knesecie bez kartki o wkładzie Żydów w walkę o niepodległą Polskę.

Jednak chyba nie całkiem major Dobrzański uwierzył w to przesłanie, bo nakazał Filipskiemu, aby także poza planem filmowym munduru na wszelki wypadek nie zdejmował, co Filipski zdaje się wypełniać wedle rozkazu. Wnoszę więc, że tworzą się zastępy Polskiej Armii, która z nikczemnych posterunków pustynnych wróci i nawet z posianych w ziemi zębów padłych baśniowych wojów powstanie dla obrony Rzeczypospolitej.

Pani Lusia Ogińska, małżonka Filipskiego, zechciała skomentować tę moją "laurkę" w korespondencji do mnie. Ponieważ jest tam kilka frapujących stwierdzeń, a i ton wart jest zapisania, zwróciłem się do autorki o zgodę na zamieszczenie tego tekstu w tym miejscu jako komentarza. Zdziwień nigdy dosyć... 
...Pani Ogińska kategorycznie odmówiła zgody na publikację w tym miejscu swoich pełnych publicystycznej swady listów, zachęcając mnie do własnego wysiłku w prostowaniu moich kłamstw i mojej niegodnej postawy w szkalowaniu dobrego imienia pana Ryszarda Filipskiego. Zechciała też zauważyć, że sama moja gotowość opublikowania jej prywatnej korespondencji obnaża moje intencje w wystarczającym stopniu. W tej sytuacji publikuję poniżej jedynie moje dwie odpowiedzi na zarzuty zawarte w listach mojej korespondentki. Ot i masz, babo, pasztet...
Z przykrością muszę stwierdzić, że Pani miły list jest przykładem pomieszania z poplątaniem. Jeśli cytuję tego Karaszkiewicza, na którego wielu się powołuje, to bynajmniej nie w takim celu, by ugruntować tego rodzaju famę. Wystarczy trochę spokojniej przeczytać moją laurkę dla Pani Męża. Takie już to moje pisanie, że wielu za mną nie może trafić. Z wikipedii też raczej nie korzystam, bo zawsze chadzam własnymi drogami.
Przy tym mundurze jednak pozostanę, bo żadnego idioty i kabotyna nie śmiałbym w niego ubierać. Szczególnie, jeśli o polski mundur chodzi. A pana Ryszarda Filipskiego, i owszem, chętnie bym o kilka rzeczy zapytał. Tyle tylko, że trzeba by ustalić, gdzie się zagubiła nasza mowa. Bo mam złe doświadczenia.

Czytając z uwagą Pani opinie, mogę jeszcze raz powtórzyć moją ulubioną kwestię, że umiejętność czytania zdaje mi się zawsze ważniejsza od umiejętności pisania. Miara zaś mojego ptasiego rozumku na ten czas jest taka, że w tej sytuacji proponuję Pani, choć tego zwykle nie robię, opublikowanie Pani korespondencji jako komentarza do "laurki". To chyba pomoże sprostać różnym kłamstwom, do których zechciała Pani zaliczyć moje literki. 
Nie mogę też zaprzeczyć, że wymiana myśli z Panią, jest niezwykle twórczym wyzwaniem, czemu także chciałbym na swoją miarę sprostać. I na tej konkluzji tymczasem poprzestanę. 
Życzę Pani i Rodzinie tego, czego i sobie życzę, czyli żeby Nowy Rok nie był gorszy niż poprzedni. W świetle jednak tej korespondencji, wydaje mi się ten postulat trudny do spełnienia.

piątek, 17 grudnia 2010

AMATOR

Osobnik wprowadzający wytrawnych zawodowców w konfuzję. Znany ze świeżości uczuć, co wzbudza w niektórych skrywane przerażenie.
Amator wie i czuje, ale nie umie. Profesjonalista zaś — umie, ale nie wie, bo nie czuje. Dlatego wykształconą ma w przebiegu ewolucji szczególną zręczność paluszków.
Ze świata artystycznego wywodzi się Amator kwaśnych jabłek, splendoru, dotacji, taniego wina i publicznych uciech cielesnych.
Po zdobyciu pieniędzy z prywatyzacji stał się koneserem własnego bogactwa.
To powoduje, że Amatorom grozi zagłada gatunku.

środa, 15 grudnia 2010

NUMEROLOGIA II Rzeczypospolitej

Podczas kwerendy w moich prywatnych archiwach, znalazłem tam i taki zapisek, że nasz mąż opatrznościowy marszałek Józef Piłsudski, którą to szarżę poniekąd sam sobie nadał, wyrzekł się był katolicyzmu dnia 12 maja 1898 roku.
Tak się biedaczysko zakochał, że Rzplita nie miała szans w tej konkurencji i dobre miejsce w kolejce do kopulacji straciła.
Tak bardzo tej dacie postanowił być wierny, że krwawą jatkę zgotować raczył Polanom dnia 12 maja 1926 roku i w dniach następnych.
Potem nie pozostało już mu nic innego, jak tylko umrzeć dnia 12 maja 1935 roku, co Bóg potraktował ze zrozumieniem.
I teraz stoi sobie w Katowicach ten zmartwychwstały posąg tego wielkiego Kabotyna. Patrzcie, jak się pręży, jak jego rumak zęby szczerzy, jak usiłuje dorównać italskim kondotierom.

Kiedy tam idę ze swoim jamnikiem, to tylko jego odchody zbieram troskliwie w plastikową torebkę.

SEN Piszczyka

Piszczy Piszczyk
Na Puchacza włościach
I
Krótko po przebudzeniu
Snadnie mu wypadnie
Rzec coś o swych kościach.
Deliberum multandum
Mamutum multorum
Multorum annorum
Opus trzy.

Ręka, noga, mózg na ścianie
Zachowaj nas dla potomności
I dla większej przytomności
Nasz łaskawy Panie.

ROZPUSZCZALNIK

Płyn to jest, jak to powszechnie wiadomo, do rozpuszczania wszelakich substancji się nadający, nie wyłączając pojęcia statystycznego polskiego patriotyzmu.
W dość odległych czasach, kiedy tylko zbytki w głowie mi były, spotkałem ja w Internecie taką chemiczną syntezę bytu, którego na chrzcie takim właśnie imieniem wyświęcili. Poczytałem sobie jego teksty — a przecież, jak ktoś pisze, to i czasu na czytanie nie ma — chociaż przyzwyczajony jestem do tekstów krótkich, niosących w trudzie myśli jeszcze krótsze.
Aliści ten Rozpuszczalnik okazał się bardziej przebiegłą bestią, i tak na wszelki wypadek do Paryża się ulotnił, pozostawiając Polan na łup łatwego śmiechu i szyderstwa. Onże jednak, wbrew oczekiwaniom, w Hotel Lambert się nikczemnie zagnieździł, i usiłował daremnie wyperswadować Polanom popełnienie zbiorowego samobójstwa. Używał dla osiągnięcia tego celu narzędzi różnorakich, w myśl staropolskiej zasady, że narzędzia dzielą się na ostre i zagraniczne, na ostre i pogmatwane (patrz: Roger Caillois i Bohdan Czeszko).
Tedy ja, mając na widoku tak marne rezultaty, udałem się wspaniałomyślnie do stołu, gdzie do jakiejś konkluzji pod koniec biesiady  może się doczołgam i innych zagubionych w dobie Internetu oświecić raczę.

ZANIKANIE biedy

To przecież jest jasne, że powołując się na założyciela bolszewizmu w obronie ludzi pracy, nie popełniliśmy grzechu intelektualnego matactwa. Także dzisiaj Lenin wydaje się wiecznie żywy i różnymi drogami wrócić może do serc i umysłów dyżurnych apologetów różnych izmów. Ostatecznie wszystkiemu winny jest batiuszka Stalin, bo Lenina otruł, a w latach trzydziestych ubiegłego wieku zabronił wydawania dzieł Marksa, bo mu się teoria z praktyką zaczęły nazbyt rozjeżdżać.
Także i nasi naukowcy, a szczególnie pisarze, aktorzy (komedianci) i artyści, którzy dość powszechnie włazili władzy ludowej do tyłka dla własnych przyziemnych korzyści, mają teraz okazję skorzystania z tej swoistej naukowej metody rozdrobnienia dobra i zła na molekuły, z których jest zbudowany moralny relatywizm.

Tak więc widać, że bieda zanikać może sama przez się, w naturalnym procesie ustania walki klasowej i ubocznego efektu połączenia się dobra i zła, światła i ciemności, ognia i wody — w jeden organizm.

LÓD marcowy

Lód marcowy — jak statek białogłowy.
W dawnej Polszcze białogłowy nie wszędzie przystęp miały. Mogły co najwyżej w alkowie szanse swoje wyrównać. Na co dzień zajmowały się rwaniem pierza z upadłych aniołów, przędzeniem nici i farbowaniem tkanin, tkaniem całunów i w izbie czeladnej porządek starały się utrzymać: a podczas biesiad i tańców niestałość swoją wdzięczną sekretnie próbowały. Co bardziej doświadczone i przebiegłe, w tajemnym świecie trujących ziół i zaklęć przebywały, w wosku rzeźbiąc nakłuwane szpilką do włosów ofiary.

Dzisiaj stan niewieści takie swawole czyni, że nie tylko parytetów się domaga, ale zarzut antyfeminizmu jak czarną polewkę wszystkim wojom i kmieciom serwuje, co doprawdy jest umysłowym bluźnierstwem, brakiem wyobraźni i pokrętną insynuacją.
Pod taką suknią każda brednia łatwo się zmieści, co inne poszukiwania skutecznie wyklucza.

SYNAPSA

Synapsa otóż, jako spiritus movens, wcale nie traci na znaczeniu — w odróżnieniu od Spiritus Sanctus — gdy na bolące miejsce przyłożymy odpowiednio spreparowaną gorczycę. Następnie moczymy naszą synapsę w 100 gramach przedniej na spirytusie dereniówki, której przepis sporządzania i użytkowania pozostawił nam w politycznym testamencie marszałek Piłsudski, i opróżniamy pozostały nam w butelce medykament już w tradycyjny sposób.
Stosowałem tę kurację zawsze z pomyślnym skutkiem, starając się równocześnie doskonalić swój zmysł postrzegania nie tylko rzeczy drugorzędnych, ale i wręcz pozbawionych wszelkiego w danym momencie znaczenia.
Skutkiem takiego postępowania pozostała mi tylko jedna synapsa, bowiem inne wyginęły w starciu nie tylko z komunistyczną frazeologią i praktyką, lecz i w naturalnym procesie działania niewidzialnej ręki rynku jako zbędne.
Tak więc teraz staram się już nie ufać swojej pamięci, tak przez brak synaps okaleczonej.

poniedziałek, 13 grudnia 2010

BŁACHNIO Henryk


Malarz palety wybornej, wnuk Błażeja z Kacprówka, dziejopisarz, piewca Kacprówka i okolic nad Wisłą, przedstawiciel ludu pędzącego po lasach paruchę. Archiwista komunistycznego bełkotu — posiada wszystkie roczniki Trybuny Ludu. 
Malujący od zawsze, gardzący innymi zajęciami z tytułu życiowych konieczności. Człowiek szczególnie mi bliski, bo żyjący na boku, na stronie, w Ustroniu — jak i ja.
Mój Przyjaciel i rówieśnik, chociaż starszy o trzydzieści lat. 
Kiedy słyszę głos Henryka, nieśmiertelność wydaje mi się w zasięgu ręki.
Mam o nim dużo do napisania.


(Dopisane w 2015 roku):
Henryk jednak podobno umarł w dniu 1 maja 2013 roku. Na nic zdały się moje zaklęcia.