poniedziałek, 22 sierpnia 2011

LATKOWSKI Robert

Pułkownik pilot Robert Latkowski, dawny dowódca 36 Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego, to jest taki mąż zacny, z którym w każdej chwili gotów jestem lecieć ponad chmury nawet na tych przysłowiowych wrotach od stodoły.
I odwrotnie, z pisarzem Henrykiem Pająkiem, który umie latać z oderwanym skrzydłem, polecieć mogę dobrowolnie tylko na kanapę, gdzie sobie możemy rozprawiać i bajać do białego ranka o obowiązujących procedurach w lotnictwie i pisarstwie.

Jeśli więc przyjmiemy, że do latania potrzebny jest samolot i pilot, a do pisania potrzebny jest atrament, stalówka i pisarz, to już jesteśmy bliscy rozwiązania rebusu.
Tak więc Szkoła Orląt potrzebna jest na gwałt Polsce!

Ażeby wreszcie znikły te Nieloty, które farmazonią i czkają, seplenią i się jąkają, się nadmuchują i puszczają wiatry, gryzmolą i pićwolą, syczą i świszczą, ciamkają i mlaskają, tumanią i gamonią...

Etc.

wtorek, 16 sierpnia 2011

LEPPER Andrzej

Pan Gerwazy akuratnie w pierwszych godzinach po zamordowaniu Andrzeja Leppera miał taki kaprys, ażeby przelecieć się po nocnej Warszawie. Wsiadł więc do swego Kukuruźnika, odpalił wiekowy motor poruszając śmigłem, no i sobie wystartował. A tu ludność napita na ulicach baraszkuje, chociaż to już druga godzina, czyli noc jeszcze w pełni. A tu w Alejach Jerozolimskich leży martwy pan Andrzej Lepper i nikt nie ma świadomości, że właśnie jest uczestnikiem stypy. Na przystankach kolorowe tłumki obnażonych niewiast, które nie znalazły zajęcia na tę właśnie sierpniową noc. Płonie PAST-a, z kanałów wychodzą śmierdzące sanitariuszki, trupy skwierczą w ekskluzywnej restauracji. Na marmurowych schodach pozostaje cień spalonego samotnego powstańca. Wśród ruin płynie rzeka luksusowych aut. W Niebiosach trwa inwentaryzacja spalonych bibliotek. Tuż obok, z pętlą na szyi, zamiera porzucony i zapomniany Andrzej Lepper… Jego prześladowcy i polityczni pokerzyści podnoszą chusteczki do oczu skrywając oblicza w swych duchowych łachmanach. Pani Aneta Krawczyk z lubością opisuje rzekomo owłosione plecy Leppera i udatnie odgrywa rolę płaczki na egzekwiach.

Kiedy na znanym obrazie Petera Breugla spadł Ikar — nikt tego upadku nie zauważył. Chłopi orali ziemię jakby nigdy nic, niewiasty barłożyły gdzieś w zakątku, lud starał się niczego nie widzieć i nie słyszeć, bo to przecież jeno plusk w morzu i kawałek nogi. A więc rzeczy przemijające…

wtorek, 31 maja 2011

PIĘTÓWKA Gerwazego

Otóż nie da się piętówki zaimprowizować i zwyczajnie z sokiem pomidorowym wychlać. Trzeba wstrzemięźliwością się wykazać i cierpliwością, która naturalną dla arystokratycznych rodów jest cnotą. Szczególnie tych rodów pochodzących od pewnego arystokratycznego Żyda, którego książę Sanguszko do brudnej roboty używał i dla swojej szczególnej sympatii do rodu Radziwiłłów obdarzył tym właśnie nazwiskiem.

A więc przede wszystkim, chcąc patriotycznie zrealizować Gerwazego przepis, nie myjemy nóg przynajmniej przez dwa tygodnie. Termin ten wziął się stąd, że jak Napoleon wracał ze swojej kolejnej wojny, to Józefina właśnie dwa tygodnie przed przybyciem cesarza nie miała prawa się myć. Bo takie życzenie miał cesarz i zbrojnego posłańca zapobiegliwie już wcześniej wysyłał.
Tedy my po tych dwóch tygodniach brudnej udręki moczymy cztery dni nasze nogi w cebrzyku, żeby to nalewce przydać procentów i odpowiednich aromatów. Po tych dniach czterech zlewamy esencję do dębowej beczki, dodajemy nieco spirytusu do smaku i zanurzamy się cali w beczce rozkoszując się wolnością obyczajów w Rzeczypospolitej. Dozwolone jest zabranie do beczki aktualnej kochanki, a i nawet tej następnej. Po zaledwie kilku godzinach możemy wyjść z beczki i skosztować.
Teraz jesteśmy już gotowi nie tylko do umierania za Ojczyznę - ale i do odtworzenia piastowskiego rodu.

(Copyright by Gerwazy. Alle Rechte vorbehalten.)

KWIATKOWSKI Andriej

Z Andrzejem znamy się już wiele lat. Przybył tu niedługo po zwolnieniu z łagru, bo tutaj było do tamtej ziemi najbliżej. Tam, gdzie przez wiele lat stawiał swój namiot, w zatoce, sosenki sięgające mu do piersi wyrosły w las. Jego płócienny kajak, nazwany imieniem jaćwieskiego księcia, wynurzał się zawsze niespodzianie z jakiejś buchty lub trzcinowiska.
Miał zaledwie siedemnaście lat, gdy NKWD zabrało go ze Lwowa na nieludzką ziemię. Dostał wyrok w nawiasach, czyli do uzupełnienia w razie potrzeby. Kiedy więc umundurowany sędzia zapytał go po odczytaniu wyroku, czy zrozumiał, Andriej odpowiedział — nie!
— Nie szkodzi, odparł umundurowany sędzia.
— Niedługo zrozumiesz!
I ten siedemnastoletni chłopiec tam właśnie pokochał Rosję w ten jedyny sposób, gdy uciec nie ma dokąd. Jak tu pojąć taki fenomen?!
Ano  tak, że tam właśnie spotkał Rosjan!
Bo kocha się tylko wtedy, gdy boli!

Andriej spędził w łagrze 5 (pięć) lat. Wypadły mu zęby, po zwolnieniu ważył 48 kilo. Ale przez wszystkie późniejsze lata on tam powraca. A nawet więcej: On tam nadal jest!

Kiedy do mnie przychodzi, mówi: Ty, naczalnik, sam sobie zbudowałeś własny obóz. Ciebie nie trzeba tu pilnować. Nigdy stąd nie uciekniesz.
I pochyla głowę w milczeniu nabijając fajkę. 

Kiedy więc odprowadzam Andrieja na pociąg do Workuty, obiecuję napisać do niego list na zamarzniętej szybie wagonu.


W POCIĄGU DO WORKUTY

Andrzejowi Kwiatkowskiemu
w jego powrotnej podróży do miejsca,
skąd wyjechać niepodobna.

Tak małe rzeczy po was pozostały
Na szybie wagonu zamazany ślad
Tu pełni służbę Naczelnik Niebieski
Nie was, lecz innych wybrać on ma.

Za szkłem chatynki widzę wasze
Wśród wież stopionej gwiazdy lód
Ja was w kałonie jeszcze zobaczę
Bo przecież nie wrócił jeszcze nikt.

Otwieram okno i w śnieg zamieci brnę
Przy bramie śmierć nieruchoma patrzy mi w twarz
Powiedzcie mi sami, gdzie stanąć mam
Na nasz wieczorny apel?

czwartek, 5 maja 2011

DUMA Gerwazego

Wciąż się sposobię do nauki czytania, ale póki mało wiem, też chciałbym po sobie jakiś ślad pozostawić.
Tak się jednak i akurat składa, że niektórzy bogobojni Żydzi przerobili mój rozbrajający głuptacki filosemityzm na równie ogłupiający krwiożerczy antysemityzm. Od tego czasu, nawet jak piszę o dupie Maryni, to jawić mi się ona musi jako podstępnie ukryta dupa żydowska.

Rośnie więc moja duma, że w każdej odsłonie pozostaję zawsze rozbrajającym idiotą!

KALIGRAFIA

Mądrość polityczna sprowadza się dziś do skutecznego zachęcania do udziału w grze w trzy karty lub lusterka, gdy zdezorientowany tłumek staje przy stoliku, który umyślono nazwać wyborczą urną. I całkiem dobrowolnie pozwala wygrywać ustawionym uprzednio klakierom.
Tymczasem partyje i trybuni ludowi wiecują i układają przystępne dla motłochu programy. Lud szczęka zębami ze złości i zimna, marzy o Irlandii, a Rzeczpospolita nie chce już nikomu przypominać o swoim istnieniu.

A więc nie żadna następna partia polityczna jest nam potrzebna, ale worek pokutny i kaligrafia niezdarna...

czwartek, 28 kwietnia 2011

ZIEMKIEWICZ Rafał

Straszniem był głupi, że nie przewidziałem w przeszłości istnienia Rafała Ziemkiewicza. Boć ten oto osobnik przewrócił jeden przynajmniej epizod w historii polskiej literatury od podszewki.
A więc ja, z polactwem będący jak z ptactwem, jeszcze zanim Ziemkiewicz siusiaka swego dojrzał, musiałem się pogodzić z jego słowotwórczą wyobraźnią. Bo oto jegomość Rafał Ziemkiewicz wskazał niedobitkom Polan ich polackie przywileje. I taki był w tej maestrii powściągliwy, że Naród mu uwierzył i się od siebie odwrócił ze wstrętem.

Ale są i inni. Ot, choćby taki pisarz Eustachy Rylski, który Ziemkiewicza obdarzył polactwa autorstwem, uznając jego geniusz. A i sam Ziemkiewicz w tej sytuacji udatnie podtrzymywał taką famę, zanim nie dotarły do niego moje prześmiewcze grymasy. Obecny był przy tym obrządku krytyk literacki Krzysztof Masłoń, zatrudniony w "Rzeczpospolitej", którego trudno uznać za idiotę. Kiedy więc ja sam, znużony tym teatrzykiem, skierowałem do redakcji krótki a przystępny list ze wskazaniem, kto jest autorem tej definicji, spotkałem się jedynie z zamilczeniem na śmierć. Dziwnym trafem Ziemkiewicza nikt jakoś  nigdy nie zamilczał i nie zamilcza, a nawet wielu z niego żyje. Niektórzy z cytowania Ziemkiewicza  uczynili kanon publicystyki. Tej swoistej manii uległ nawet Waldemar Łysiak, który jedną ze swych książek skompilował właśnie z cytatów z Ziemkiewicza. No bo trudno  przecież nie słuchać faceta, który zawsze ma coś do powiedzenia na każdy temat, że nie wspomnę o Ziemkiewicza niegdysiejszych bohaterach jego namiętnych adoracji. Facet jest sympatyczny, niegłupi i zdobył gdzieś solidnie ugruntowane poczucie własnej wartości. Problemów z opublikowaniem płodów własnego umysłu raczej nie miał, sądząc po obfitości wszelkiego rodzaju kreacji. Już nie pomnę akurat z kim jest aktualnie ożeniony, ale nie mam specjalnego powodu do powątpiewania w jego nadprzyrodzone właściwości. Nawet profesor Dudek zachwyca się celnością wynalezionego przez Ziemkiewicza określenia. I co tu mają do gadania nasi wieszcze.


sobota, 26 marca 2011

DIAGNOZA

Po dwóch butelkach wina spożywanego codziennie w celach leczniczych, marskość wątroby przestaje być widoczna nawet dla obserwujących nas pozaziemskich cywilizacji. Pozostaje jednak widoczny szkielet płaczliwego Patrioty.

wtorek, 15 marca 2011

ŚRODA Magdalena

Środa środzie nierówna, więc bardzo się zżymam, gdy ktoś proponuje mi dyskurs, w którego tytule tkwi przekręcone mniej lub bardziej udatnie nazwisko uczestnika naszej intelektualnej biesiady, tak bezceremonialnie wycierane o rzyć adepta publicystycznej swawoli. Moja nikczemna wyobraźnia językowa podpowiada mi także wiele wysublimowanych językowych przekrętów, że i opędzić się od tej nawały trudno. Bowiem w tak łatwy i najzupełniej niedorzeczny sposób, możemy sobie pofolgować na czyjś koszt i nie wysilać się na jakąś bardziej dorzeczną pracę.
Do takich przykładów troski o stan naszych umysłów należy doczesne ciało i umysłowość Magdaleny proffessor Środy, z którą miałem przyjemność swego czasu - całkiem nieświadom znaczenia swego czynu dla przyszłych pokoleń - po Amsterdamie nocą się włóczyć.
Pani ówczesna Magdalena Środa, mężata i dzieciata, oddawała się furii wyzwolonej z wszelkich pozytywistycznych okowów niewiasty. Czas po temu sprzyjał i długie kolejki oblizujących się samców do witryn, gdzie za szybą oferowały swoje wdzięki i miłość od pierwszego wejrzenia  smukłe  i dobrze wyposażone potomkinie wikingów (nie mylić z kniaziem Potiomkinem). Bardzo mi się nawet podobało, że tak wyzwolona z parytetów Magdalena (nie mylić z Marią) wprowadza do mojego męskiego przyzwyczajenia zmuszający do refleksji odruch zawstydzenia za ułomne pozostawanie w męskiej postaci.
Po latach okazało się jednak, że Środzina chce nie tylko łechtaczkę damską sprowadzić do bezbożnego bluźnierstwa - co nie może być Bogu miłe - ale jeszcze chce ten języczek u wagi wprowadzić do publicznej dyskusji i obdarować go parytetem. Przecież wiadomo, że każdy chłop ulegnie już na początku tej inicjacji... i naszą wspaniałą demokrację mamy z głowy.
Dlatego, będąc jak najbardziej za oddaniem sprawiedliwym właściwie dominującej płci jej nieprzemijających walorów, wyrażam niniejszym skruchę, że moja niegdysiejsza podróż po nocnym Amsterdamie z ówczesną Magdaleną Środą, owocuje teraz tak proffessorskim ujęciem tematu, który już na żadne obleśności nie pozostawia miejsca. Bowiem ten odwieczny żywioł ma zostać już po wieczne czasy zamknięty w wyborczej urnie.

niedziela, 27 lutego 2011

BRAUR Zygmunt

Był za komuny jeden właściciel prywatnej awionetki Piper, był i jeden prywatny hodowca arabów. Kiedy więc w swoich szczenięcych latach chciałem przekuć w rzeczywistość moje chłopięce marzenie i na arabskim koniu dalej przez świat wędrować, napisałem także do Zygmunta Braura. Musiało go coś w moim liście poruszyć, bo odpowiedź otrzymałem obszerną. Na kilku stronach  opisane były   różne wątki historii hodowli  polskich arabów, gdzie  i konie hodowane przez Braura miały swoje miejsce. Kończył się list zaproszeniem do odwiedzin. O możliwości kupna araba było raczej przygłucho, choć nie powiem, by Zygmunt Braur  odbierał mi na progu wszelką nadzieję. Mimo to pojechałem. 

Murcja i ja

(Trzeba tu przypomnieć, że w owych czasach najtańszy wałach w Janowie Podlaskim kosztował 4000 dolarów, co statystyczny poddany PRL-u zarabiał w ciągu 20 lat. Nie mogłem więc być dla Braura liczącym się materiałem na kupca.)
Stadninka pana Zygmunta tkwiła w środku sosnowego lasku na 20-hektarowej posiadłości, którą oblewało z jednej strony siarkowe błoto i zmiażdżony przez kopalnię siarki pejzaż. I w tej oazie, wśród usuryjskich wierzb, pawi i rzadkich roślin, pasło się stadko kuhailanów, doglądane samotnie przez ich Pana, przeniesionego końskim swędem z odległej epoki, gdzie nawet na zaścianku szlachcic równy był wojewodzie.
Bo też pan Zygmunt wcale nie zamierzał ustąpić przed bezmyślną cywilizacją ówczesnego gospodarczego nieustannego wzrostu, który tak haniebnie i dzisiaj wciąż nam wzrasta. Tak więc szyk trzymał, oficerki rzadko zamieniał na gumiaki, wojskowe bryczesy i mundurową kurtkę na cywilne ubranie, furażerkę na kapelusz. Twarz ostra z wąsiskiem sarmackim, niechybnie wyciosana z jednego pnia. Głos dźwięczny a  przenikliwy, postura drobna a chędoga. Oko, jak to u arabów, ciemne a żywe. Grzywa jeno krótka była a stercząca.


Chałupka, czyli dworek, wiatrem był podszyty podobnie jak stajnia. Malutka izdebka z niską powałą, gdzie urzędował pan Zygmunt, dopełniała sielskie obrazy polskich XIX-wiecznych malarzy. W tle, zawsze w tle, przesuwała się gderająca i jędzowata jejmość Braurowa. Na szczęście do koni nie zachodziła, co i konie sobie też ceniły. Musiała jednak jakąś strzygę i do stajni wysłać, bo zdarzyło się nieszczęście: strzyga zamiast mnie trafić, trafiła źrebkę. 
W ciasnej stajni, między dwiema klaczami położyło się w nocy źrebię. I jedna klacz nastąpiła,  co raczej się nie zdarza, i nóżka źrebki uległa złamaniu. Zaiste, trudno było nie płakać. Ale przecież ratować trzeba, u źrebki jeszcze się zrośnie, najwyżej będzie kuleć. Aliści pan Zygmunt, dopuszczając prowizoryczny zaledwie opatrunek, zaraz obwieścił, że tu już nic zrobić się nie da. Moją  delikatną sugestię sposobu ratowania konika zbył milczeniem i pochyloną głową. Naturalnie szybko wywiązało się zakażenie i pozbawiona lekarskiej pomocy źrebka po tygodniu umarła. Tak mnie to poruszyło, że niebawem się spakowałem  i wyjechałem, by już nigdy tam nie powrócić. Braur chciał chyba w jakiś sposób odkupić swoją winę i wciąż mnie zapraszał, ale serce miałem zanadto ściśnięte i nie umiałem mu wybaczyć tego zaniechania.
Po tym wypadku jeszcze raz spotkałem Zygmunta Braura na  aukcji w Janowie Podlaskim, gdzie robił za gwiazdę wśród dolarowych importerów polskich arabów, bowiem kilka lat wcześniej, w sierpniu 1973 roku, sprzedał do U.S.A. ogiera Ben Cometa swojej  hodowli, syna  Murcji. Ta łaska fortuny stała się początkiem mitu.


Jako że światło od gwiazdy leci do nas długo, pozostaje nadal wierzyć w Gwiazdę Kuhailana, która  trwa  w polskim kresowym zaścianku, czyli u Krzysztofa Czarnoty w jego Krainie,  na Czartorii niedaleko Zamościa, a więc u wrót Dzikich Pól. Obdarzonego  przy tym przez bogi i dawnych kresowych hodowców arabów nie tylko misją niesienia ich szlachetnej namiętności, ale jeszcze dysponującego tęgim piórem, co już niebywałym jest dla kuhailanów zewem krwi.
Pan Zygmunt, który dożył sędziwego wieku, spogląda więc na swoje dzieło  z dumą  i radością,  aczkolwiek i nie bez melancholii. Bowiem przynajmniej Jego  niektóre konie mają się dobrze,  mimo  że  Gospodarz postanowił w innych okolicznościach przyrody pielęgnować drzewa i rośliny. A i dusze umarłych koni nie opuściły go na pewno w podróży na niebiańskie łąki. Bo tak konie pojmują swoją wierność.

  

niedziela, 30 stycznia 2011

FORTEPIAN

Moim pierwszym fortepianem była szara tekturka, na której namalowałem kredkami klawiaturę. Wygrywałem na niej na Targówku —  w okolicy dawnego majątku Hipsza , gdzie stały wyschnięte stawy, spichlerz starodawny i dworek pamiętający napoleońskie czasy, w którym mieszkała czas jakiś moja Mama, dziadek Lukasz i babcia Julia, i gdzie stało czarne, tajemnicze pianino — nie tylko gamy, pasaże i sonatiny, ale i nokturny, etiudy i sonaty.
Dzisiaj mam trzy fortepiany.
Pierwszy z nich to Alois Kern, zbudowany w okolicy roku 1867, z wiedeńską mechaniką, pięknie inkrustowany macicą perłową i mosiężnymi arabeskami.
Filc na młoteczkach i struny są wciąż oryginalne, wymieniłem jedynie skórkowe okładziny na młoteczkach i filc na tłumikach. Zanim przed laty trafił do mnie, stał wiele lat w izbie, w której ostatnie 10 lat swego żywota dokonała ociemniała Konstancja Gładkowska, pierwsza miłość i natchnienie naszego Fryderyka, dla której koncert fortepianowy stanął. Potem grała na nim wiele lat Maria Rycerska; po niej, już od jej siostry Wandy Wejher  — która  umierała na ulicy Floriana w Skierniewicach z taką dla mnie tkliwością  — odziedziczyłem razem z fortepianem stosik nut pochodzących jeszcze z I połowy XIX wieku.  Na tylnej listwie mechaniki pozostawił swój podpis stroiciel Jan Gąmbka z Pińczowa w roku 1904. Opisanie dziejów tego fortepianu — to zaiste  wciąż zadanie ponad moje siły.
Drugi fortepian to Grotrian-Steinweg, zbudowany w roku 1886 w Braunschweigu przez następców Th. Steinwega, który produkcję fortepianów rozpoczął w roku 1835. (Herr Steinweg — to amerykański Mister Steinway! ) Tu już mechanika jest angielska, a więc z podwójną repetycją. Lira, nogi i boki fortepianu zdobione są drewnianymi ornamentami roślinnymi i sylwetkami łabędzi. Podejrzewam w tym fortepianie dźwięk szczególnie piękny, którym nawet Glenn Gould by się zachwycił.
Trzeci fortepian, zbudowany także pod koniec XIX wieku, to Ernest Kaps z Drezna, który produkcję fortepianów rozpoczął w 1859 roku. Kupiłem go w niemieckiej szkole, która oddała walkowerem  walkę o jego dalsze istnienie. Ten fortepian przeszedł w moich rękach gruntowny remont, którego jednak wciąż nie  mam czasu zakończyć. Jest, też częściowo, pięknie pomalowany w duchu secesji.
Jako że mam jeszcze koncertowy (dł. 2,70 m) klawesyn Neuperta i dwie fisharmonie, a kupiłem za swego żywota 5 fortepianów (jeszcze Schweighofer i Kawai), każdy może bez trudu orzec, że straciłem przy sposobności połowę rozumu.


Fortepian Kaps - części nutnika
i fragment pokrywy, wymalowany przez Błotniaczkę,
 która i inne piękne rzeczy umie stworzyć.

piątek, 14 stycznia 2011

DEBIL Gerwazy

Żywot publiczny moich publicystycznych pasji i przepowiedni jest obrazem ciągłych klęsk. Nie mam więc wyboru i muszę moje klęski zamieniać w farmazony. Tym mocniej się utwierdzam w tak dramatycznym geście, gdy czytam teksty publicystów, którzy w starciu ze mną zwyciężyli. Temat to jednak rozwlekły, a ja się wychowałem na poetyckiej sentencji: NAJMNIEJ SŁÓW!
Często więc powstrzymuję się od komentarzy lub podaję je w tak skondensowanej formie, że i bardziej dociekliwi i pracowici ode mnie nie są w stanie przystąpić do tego kontredansa. Ideałem są tutaj redaktorzy różnych pism. Na przykład redaktor z "Najwyższego Czasu".
Wysłałem tam redaktorowi niegdyś mój felieton. Kiedy po trzech tygodniach nie było odpowiedzi, zadzwoniłem. Rozmowa była krótka.
 — A co to był za tekst?
Zapytał rzeczowo i wnikliwie pan redaktor. Podałem tytuł.
 — Jeśli to był taki tytuł, to ja na pewno tego tekstu dalej nie czytałem.
Odpowiedział zwięźle i uczciwie pan redaktor.
W ten sposób dowiedziałem się, że Gerwazy jest debilem.

UMER Magda

Śpiewała pięknie piękne piosenki. Niektórzy powiadają, że śledczy Humer był jej wujem. Inni, że ojcem.
Stopień pokrewieństwa nie może przecież oddać istoty rzeczy.
Ona śpiewała piosenki. On sadzał sanitariuszki AK na odwrócony stołek, aby śpiewały.
I tak dokonało się!

poniedziałek, 10 stycznia 2011

TWARDOWSKI Jan


To zdjęcie zrobiłem ks. Janowi w Łowiczu, w sierpniu Roku Pańskiego 1997. Wtedy właśnie zabrałem Go na wycieczkę do Nieborowa i Arkadii — nigdy tam nie był. Odwiedzałem Jego malutką dziuplę w  tajemnym ogrodzie Sióstr Wizytek, gdzie po krętych schodkach trzeba było się wspinać. Te dwie izdebki, urządzone z surową prostotą mnicha, były tą sferą, w której proces zanikania objawiał się w oszczędnych słowach ks. Jana, w Jego literkach zlewających się coraz widoczniej z tłem.
Nie spotkałem nigdy nikogo, kto tak jak On byłby nastawiony na słuchanie. On zaledwie, cicho i z lękiem, formułował ascetyczne pytanie. I zaraz pochylał głowę do swego rozmówcy. To był zapewne też nawyk wieloletniego spowiednika, który posiadł wiedzę o nędzy i rozpaczy ludzkiego żywota. Tak więc ja, ostentacyjnie prowokacyjny i filuterny, musiałem być dla niego jakąś zagadką. No i moja sprawność fizyczna, przy przeskakiwaniu zamkniętej bramy w Arkadii, wprawiła Go w szczególną melancholię.  Czyż więc mogłem bardziej boleśnie odczuć własne prostactwo? A ja chciałem, żeby zdjął tę swoją rudawą perukę, rzucił precz wytartą sutannę, i pobiegł ze mną w cień prastarych drzew. Ale On się skulił, jak przed nieuchronnym ciosem... I już w przeszłość nie chciał wracać.

Pisał potem do mnie listy na kartkach wyrwanych ze szkolnego zeszytu. I ja pisałem do Niego, ale już moje listy przestały do księdza Jana Twardowskiego dochodzić. Ktoś chronił już Jana  przed niepotrzebnymi wzruszeniami. Bo przecież testament można jeszcze było  inaczej napisać. Tak więc woziłem wciąż aniołka do Jego małych zbiorów, i przejeżdżając zwykle nocą przez Warszawę, usprawiedliwiałem się, że następnym razem...

Zostało mi kilka listów, kilka książek z dedykacjami, kilkadziesiąt zdjęć, i cicha prośba ks. Jana.
 — Proszę do mnie napisać.

Tedy piszę.

niedziela, 9 stycznia 2011

ORNITOLOGIA stosowana

Każdy może do atlasu ornitologicznego zajrzeć i się przekonać, że Błotniaki swych pazurów w butach nie chowają. Tak ich Bóg stworzył, aby tymi pazurami w razie potrzeby też pogłaskać umiały. A i ja sam, w procesie ewolucji, nauczyłem się gardzić padliną, umiem już jeść łyżką i staram się nie czkać przy stole, gdy inni mówią.
Oczekuję wszakże, że to moje nie do końca okrzesane zachowanie — z samej natury rzeczy przecież mi przydane — spotka się z naturalną u moich Adwersarzy miłosierną wyrozumiałością, bowiem jest jeszcze w ornitologii kilka wątków, które mój ptasi móżdżek zaledwie przeczuwa.

Nawet grzesznikom jest miła dawna postać Cnoty.

KUŹNIA kadr

Pewnie nie wszyscy zauważyli, że w strukturach "Gazety" — która zapracowała sobie wśród Polan na kilka hańbiących przydomków — powstało i rozwija zaszczytne tradycje Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego.
Otóż zatrudnieni tam śledczy, zwani dalej umownie dziennikarzami, prowadzą szczegółowe kartoteki przesłuchań wszystkich wystąpień publicznych, niezgodnych z duchem i literą talmudycznego prawa, co na co dzień przejawia się także uciążliwym brakiem certyfikatu koszerności od odpowiednich władz duchownych. I tutaj, najczęściej wywoływanym z celi imieniem jest "Radio Maryja".

I tak np. 14-minutowy dziennik poddany jest ścisłej "merytorycznej" i moralnej obróbce. Następuje więc szczegółowa analiza treści dziennika, realizowana twórczo poprzez opowiedzenie go własnymi słowami, przetykanymi dla rozluźnienia dramatycznego napięcia błazeńskimi minami. Raport ten z obserwacji i przesłuchania podejrzanego, zawiera dokładne dane na temat czasu trwania i miejsca przestępstwa, jak i opis chęci  przygotowania następnej zbrodni, chociaż akurat inwigilowany milczy z wiadomych względów. Na końcu raportu jest miejsce na wnioski. Te przytaczam w dosłownym brzmieniu:

"Tyle nędzy technicznej i moralnej oraz pogarda dla etyki dziennikarskiej w małym kilunastominutowym fragmencie programu Radia Maryja. To jedyna taka rozgłośnia. Ministerstwo powinno skontrolować poziom merytoryczny i moralny WSKSiM".

Rosną nam kadry do służby publicznej.

czwartek, 6 stycznia 2011

WOROSZYLSKI Wiktor

W dawnych, na poły już legendarnych czasach, zanim bogowie zesłali nam objawienie w postaci "Solidarności", przykościelne sale, podobnie jak i dzisiaj, były areną wywrotowej działalności. Już to samo przez się stanowiło wystarczającą rekomendację.
Z takiego nadania polskiej tradycji walk wyzwoleńczych, znalazłem się pewnego razu na kościelnym terytorium, w tłumku powstańczych aspirantów.
Bohaterem spotkania miał być Wiktor Woroszylski, którego wprawdzie otaczała aura dwuznacznej sławy pokolenia "pryszczatych", ale aktualnie starał się unieść narastający nimb wokół elitarnego klubu pisarzy, którzy zdecydowali się na figle przed marsowym obliczem komunistycznego półgłówka.

Kiedy więc ustał rumor i zapachniało nielegalną mszą z czasów pierwszych chrześcijan, Woroszylski oznajmił, że on tu przyszedł po to, aby odpowiadać na pytania, bowiem jest kilka zawiłych kwestii do wyjaśnienia. Publiczność zamarła w wyraźnym zakłopotaniu. Ja wprawdzie miałem na świeżo we łbie jego dziełko o Majakowskim, ale tego tematu nie odważyłem się poruszyć, bojąc się by nie uznano mnie za prowokatora.
Po długiej chwili krępującego milczenia i bezruchu, Woroszylski wycedził z wyraźnym trudem.
 — Ja przyszedłem na to spotkanie przygotowany, a państwo tego elementarnego obowiązku nie dopełniliście.
Po czym z rezygnacją zasiadł do głośnego czytania jakiegoś swojego tekstu w widocznym przeświadczeniu, że większość obecnych na sali jeszcze nie opanowała trudnej sztuki samodzielnego czytania.

Takie są te polskie sny pod śniegiem.

wtorek, 4 stycznia 2011

SIODŁO

Mam tych siodeł sześć i pół. To pół to dlatego, że jest to bardzo stare siodło bez terlicy, z tybinkami podszytymi filcem, z długimi przystułami, czyli dla krótkiego popręgu. Siedzi się jak na oklep, tyle że w strzemionach. Niestety, wszystkie te siodła są produkcji niemieckiej. Co nie znaczy, że Polanie siodeł robić nie umieli. Ale nawet moje pierwsze siodło sprzed lat było oficerskim siodłem austriackim, z  przytwierdzonymi pod tylnym łękiem szlufkami do zamocowania sakw, koca  lub worka na obrok. Kupiłem je od Wacława Chadaja, żoliborskiego siodlarza, od którego dowiedziałem się o Katyniu z wielu szczegółami, boć jeszcze smarkaty byłem. Tak bardzo mną te wiadomości wstrząsnęły, że dostałem gratis puśliska z chromowej skóry. Jakimś cudem siodło owo pasowało na moją klaczkę, która wtedy jeszcze się nie narodziła.

A więc pierwsze to siodło Sommer, drugie to Görtz, trzecie to Passier, czwarte to Kieffer, piąte to Kloster Schönthal, szóste to Stübben, no i ta połówka bez nazwy, antykwaryczna. Sommer i Görtz mają przedłużone poza tylny łęk ławki, a więc do dłuższych wędrówek zdatne.
Wielu nazywa polskie siodło wojskowe wz.25 lub jego rozwinięcie wz.36  (jednak protoplastą tych siodeł było angielskie siodło Universal Pattern 1902, jeszcze dość powszechnie używane w kawalerii II Rzeczypospolitej)  w które była wyposażona nasza kawaleria we wrześniowych bojach — kulbaką. Otóż nie była to kulbaka, bo, jako rzecze Kitowicz, kulbaka była turecka. Był, i owszem, jeszcze łęk i drewniany jarczak dla młodzieży, która to nazwa wzięła się zapewne stąd,  że tak nazywano  u Sarmatów jednoroczne bobry. — A więc skrzypiąca kulbaka, którą husarze potrzebowali, — "siodła one usarskie" — była włosiem wyściełana i suknem albo czarną skórą powleczona, ze szczególnie wysokimi łękami dla mocnego oparcia w bitewnych zapasach. Okucia łęków były mosiężne. Kawaleria II Rzeczypospolitej inne już gusta miała.

Mam więc tych siodeł sześć i pół. Ale najbardziej wspominam to moje oficerskie austriackie siodło, gdy z moją klaczką Strzałką szedłem w upale pustą drogą, owinąwszy jej głowę moją koszulą i oczekując od Niebios zmiłowania dla mojego konika — a Strzałka umierała mi co kilkadziesiąt kroków kładąc się z bólu na ziemi, bo polskiej katolickiej wiary niewiasta wsypała Strzałce do owsa w okolicach Kadzidła trutkę na szczury - zapewne w odwecie za moje sieroctwo.
Niechaj jej kości nie zaznają spoczynku!

I oto mój sąsiad narzeka, że siodło na jego koniu się nie trzyma, bo koń ma kłąb znikomy. Więc wymienić konia chce. Tedy powiedziałem, że kolejność jest odwrotna. Siodło pasuje się do konia — a nie konia do siodła.

Tak i Polski nie pasuje się do marnego felietonisty i wierszoklety, choćby najbardziej szlachetne miał zamiary.
 

 siodło Kieffer

niedziela, 2 stycznia 2011

KUPLETY wierszoklety

Maszeruje przez wertepy
Nasz Auturek jak los ślepy
A tuż za Auturkiem w pląsach
Wlecze się na cienkich nóżkach
Jego muza udręczona
Bo wierszykom poświęcona
Co to felietonu skróty
Wkłada teraz w swoje buty
I taka z Autura wyziera męka
Tak się na wszystkie strony obraca i stęka
Takie wzywa do pomocy moce
Że choćby tysiąc atletów
Zjadło tysiąc kupletów
To nie prześcigną przecież Autura
W jego mazurach.

Maszeruje przez wertepy
Nasz Auturek herbu Sznurek
Trolem się zasłania wdzięcznie
Tu zamruczy, tam przysiędzie
Wszystkie skrzaty zauroczy
Trola mając w własnej mocy
A przeć troll jest opisany
W sagach mrocznych i w Peer Gyntach
Co tu trolla przywoływać
Gdy to własny jest obyczaj.
I tak dalej, tym podobnie
Przez następne strony Księgi
Wlecze się ten rymów sznurek:
Już poemat jest gotowy —
"PAN AUTUREK"

piątek, 31 grudnia 2010

WINIKAJTIS Wiktor

Pan Wiktor nosił na piersi tabliczkę drewnianą z napisem: OSTATNI KAMEDUŁA. Skąd przybył — nie wiedział nikt, bo tego sobie życzyła tajemnicza fama. Jednak chyłkiem szeptano, że urodził się i mieszkał kiedyś w podsejneńskiej wsi. Zaciągał po litewsku, albo po polsku, w domku furtiana przy kościele  mieszkał. W każdym razie przybył tam kilka lat przede mną.
Czerstwy był, na zimno odporny, gadatliwy i przeczytał kilka książek, których treścią starał się zahipnotyzować swoje ofiary. Zawsze mi się zdawało, że dociągnie przynajmniej do setki. Do swojej izdebki nigdy mnie nie zaprosił, chociaż czasem wysłuchiwałem jego godzinnych tyrad drżąc z zimna i polemicznej pasji, dla której nie wykazywał żadnego zainteresowania; zdaje się, że nikogo tam nie zapraszał. Po cichu jednak namalował kilka obrazów świętych dla  kościoła, do których teraz okoliczna ludność się modli, nic w zamian nie otrzymując, co jednak nie może być zakwalifikowane jako czynność bezinteresowna. Apologeci wprawdzie starają się te obrazy umieścić w panteonie wielkich twórców, ale Winikajtis musi się czuć po tamtej stronie mocno zażenowany taką bezmyślną kwalifikacją, stanowczo nie na jego miarę. Oprowadzał ciekawskich turystów, wskazując na marność naszego żywota i żył na tyle samotnie, że prawie zawsze otoczony był tłumkiem słuchaczy.

I tak, w jesiennej porze, gdy znów przybyłem do osamotnionej Sabiny, mieszkającej u podnóża dawnego klasztoru, pan Wiktor zaczął mi opowiadać o pewnym Artyście, który w okolicy właśnie się osiedlił, kupując wymarły dom wiejski  — i nie omieszkał o tym swoim heroicznym czynie poinformować ówczesnej prasy, radia i telewizji. (Stąd wywodzi się moje przysłowie, że jak podobni Wybrańcy Bogów odwiedzą rankiem swoją sławojkę - wówczas i obecnie - to już w południe donosi o tym zdarzeniu Polskie Radio i TV). Artysta ów zjechał z całym dobrodziejstwem inwentarza i, jak zazdrosna wieść ludowa niosła, z walizką ówczesnych dewiz, użyczonych  mu wspaniałomyślnie w międzynarodowej organizacji, gdzie ów Wybraniec tyrał na chwałę i pomyślność ludów żyjących za dolara na dzień. I tylko boska rekomendacja sprawiła, że "komunistyczny reżim" - tak niewdzięcznie przezywany przez niego dzisiaj - pozwolił w stanie wojennym opuścić wredny PRL komuś o takim rodowodzie, który pozwalał poza granicami polskiej ziemi występować jako przedstawicielowi sztuki żydowskiej, zaś w Polsce po przełomie leżeć krzyżem w Kościele katolickim.  I tu się zaczął  pan Wiktor z zachwytem rozwodzić nad chędogim żywotem tego Artysty, nad jego potem i błotem — które znalazły swój wyraz na jego, Artysty, rękach.
 — Bo czy widział pan jego ręce, takie duże, spracowane ręce? -Zapytał mnie retorycznie.
A ja akurat owego Wybrańca znałem i pojmowałem już nieco mechanizm kreowania potrzebnych wszelkiej władzy autorytetów i z bożej łaski namaszczonych twórców. Więc tylko w nieco obronnym geście wyciągnąłem przed siebie moje łapy i zapytałem.
 — A te ręce, to według pana, czym się zaznaczyły?
Pan Wiktor obejrzał je dokładnie i orzekł z niejaką wzgardą i wyrzutem.
 — Pan to nigdy fizycznie nie pracował!
Byłem wtedy już po kilku latach samotnej pracy, dźwigając wielkie głazy, wznosząc potężne kamienne i drewniane ściany, szczepając sosnowe gonty — gdyż postanowiłem TRWAĆ właśnie w tym miejscu, na pohybel głupawce, w niezgodzie na opuszczanie Ojcowizny, w anonimowym trudzie codziennym i znoju, bez świateł scenicznej rampy, gdzie nie dyżurowali usłużni dziennikarze i inni propagandziści...
(Roman Opałka malował swoje "liczone obrazy", odmierzając w ten sposób równoległość unicestwiającego czasu i świadectwo własnego znikania aż do białego w bieli, aż do wyszeptanej ostatniej liczby, której nikt nie usłyszy. Kiedy umierał mój dziadek Łukasz, przywołał mnie - jedenastoletniego - i powiedział: dziękuję ci, Rysiu, że jesteś tak cicho... Ta cisza to najcenniejszy dar, który posiadam, pośród tego jazgotu i trywialnej dbałości o pielęgnację własnej mumii dla rozrywki obecnych i przyszłych pokoleń.)

Kilka lat potem  znaleziono pana Wiktora na schodkach przy murze klasztornym. Siedział czerstwy i odporny na zimno, w samej marynarce zaledwie, z drewnianą tabliczką, którą kładziono na piersiach umarłych zakonników.
Sabina umarła później, pozbawiona wszelkich literackich odniesień i medialnych doniesień, pracowicie schylona ku polskiej ziemi.

GŁOWA

Przyrostek nadmiernie wywyższony. ("Co jest głowa? Gęstego pełen garniec błota" — pisał poeta staropolski Wacław Potocki.) Uszlachcona w Głowackich, którzy lufę wrogiego działa czapką umieli zakryć, dając tym czynem uzasadnienie dla kilku, pozbawionych innej motywacji, narodowych powstań. Symbol ludowego heroizmu i pozytywistycznej obrony polskiej duszy, pojmowanej na opak. W PRL-u znów do chłopskiego stanu zdetronizowana za pomocą masowych festynów poparcia, które wspierali najzupełniej wspaniałomyślnie aktorzy (komedianci), pisarze i artyści, a więc duchowa elita Narodu, która zawsze stara się znaleźć gdzieś dla siebie w miarę wygodne miejsce.

Z tej przyczyny jest Głowa dotkliwym dowodem na przemijanie własnych wytworów.

wtorek, 28 grudnia 2010

TARCZA

Brak rzeczywistej dyskusji o celowości umieszczenia w stodole koło Słupska tarczy antyrakietowej, przynieść może Polanom wyjątkowe poczucie bezpieczeństwa.
Oto będzie teraz polska stodoła okupowana przez wojska Stanów Zjednoczonych i Rosji. Żołnierze rosyjscy dbać będą przede wszystkim o czystość intencji Wuja Sama, czyli żeby im ta rozwinięta  innowacyjna demokracja jakiegoś psikusa pod nosem nie zrobiła. Rola polskich żołnierzy nie została jeszcze przez sztaby tych armii sprecyzowana.
W ten prosty sposób zamysły naszych strategów przekroczyły ich najbardziej śmiałe marzenia, bowiem chronić będą Polski aż dwie potężne armie.

Tak więc polska myśl polityczna i cały przedział I klasy w tym widmowym pociągu zdążającym do unicestwienia Rzeczypospolitej, ma wiele powodów do dumy.
Zwykli pasażerowie proszeni są o okazanie dowodów tożsamości i poczytalności. I już możemy sobie wrócić do malowania sloganów na naszych transparentach, trzymając czujnie plastikowy mieczyk i takową tarczę w zębach.

BIAŁOSZEWSKI Miron

Kiedyś wziąłem na grzbiet Kicię Kocię i pofrunąłem do Magdalenki. Tam, za piękną kutą bramą, w zdziczałym ogrodzie, wśród potężnych daglezji, stał domek z liści, deseczek, gałązek i mchu. Tutaj święty Miron — w letnie ranki i wieczory — wycinał z gazet swoje wiersze, wklejał gazetowe literki do  nowych oszczędnych donosów. Któregoś dnia Miron wyszedł z domku i już nie wrócił... Na gwoździu wisiał jeszcze jego pomięty i poplamiony kapelusz, w kącie leżała sterta papierowych wycinków. Z tego śmiecia wyciągnąłem resztki szkolnego zeszytu w kratkę, ze śladami kuchennych naczyń stawianych na kartkach, z przylepionymi do nich zaschniętymi owadami...

Brudzik
Wtaplał się w to
A kałuża wyschła
Z pralni wyleciała
Kicia Kocia
Na tarze
W chmurach i w zadymie
Para się zgwizdała
Kołdra po zegara dzwonku
Wisi na sznurze
Na rąbku
A sznurek mi nogi splątał

Nie spać mi tu będzie
Nie widać

WODNIK Jańcio

Wystąpił w filmie Jana Jakuba Kolskiego. Tam spotkał Franciszka Pieczkę.

BUZEK Jerzy

Galionowa woskowa figura papierowego okręciku z załogą złożoną i z innych woskowych figur. Zdarzyło się jej zostać premierem w tzw. III RP. Ten niespodziewany kaprys losu wytrącił figurkę z profesorskiej powagi i zaczęła się sama produkować obficie w różnych teatrzykach lalek. Kukiełka ta, owinięta sztandarem "Solidarności", i marząc o prawdziwej karierze aktorskiej, przeżywała tak mocno fakt bycia premierem, że już na nic innego nie starczało jej sił.
Ażeby te nadwątlone siły uzupełnić, załapała się do Parlamentu Europejskiego, gdzie też kontynuuje swoją aktorską karierę i splendoru Rzeczypospolitej przysparza za marne honorarium. W związku z tym córeczka też została okrzyknięta najwybitniejszą aktorką roku.
Przed ostatecznym przeniesieniem do Gabinetu Woskowych Figur, wydała na świat podobną do siebie lalkę, która także — ale już zrządzeniem Opatrzności, tkwiącej w palcu Jarosława Prawego i Sprawiedliwego — została premierem i przybrała imię Kazimierza Odnowiciela Marcinkiewicza. W tę laleczkę nie dbające o rozgłos siły zainwestowały stołek w londyńskim banku, nie tak jeszcze dawno pieszczony tyłeczkiem naszej umiłowanej Hajki Prezydęt, ażeby rozpacz laleczki po utracie fotela w Warszawie znośną uczynić i dla przyszłości ją zachować.
Nawet w rodzinie pieniądze nie wszystkim jednako śmierdzą.

RZECZNIK prasowy

Facet ( lub — nie daj Boże — niewiasta ) stojący w rzece, po kolana w wodzie, z deską do prasowania.

(Dykteryjka ogłoszona publicznie w listopadzie 2006 roku).

niedziela, 26 grudnia 2010

KOŃ

Wypisy z "Nowych Aten" ks. Benedykta Chmielowskiego zrobiły w Polszcze zawrotną karierę. Byle inteligentny Głupek zna owo: "Koń jaki jest, każdy widzi"... dalej jest wprawdzie mowa o śmierdzącej kozie, ale ta metafora jakoś się nie przyjęła. Tak więc encyklopedyczne to hasło przytacza prawie każdy nasz domorosły inteligent i publicysta, gdy mu myśl zanika. Zapewne onegdaj wiedza o Koniach była większa, jako że żaden Sarmata nie marzył o BMW lub mercedesie, w których też konie pasają — czasami tylko połowa — ale i to przesłanie z tamtej epoki mówi nam co najwyżej, że Koń był związany z polskim krajobrazem i życiem codziennym naszych Przodków na tyle dotkliwie, że opisywanie Konia traciło wszelki sens. I tu się Chmielowski okrutnie pomylił, bo na opisywaniu Konia pióro może się zetrzeć.

Skoro jednak pisał to wszystko "Idiotom Dla Nauki", to może liczył i na nasz dowcip?

ŁOKIETEK Machowski

Czasem mi się otwierają kadry filmowej produkcji różnych knotów, w których realizacji brałem niechlubny udział.
Było to podczas "kręcenia" zdjęć do filmu "Kazimierz Wielki" w reżyserii Czesława i Ewy Petelskich, gdzie jako asystent scenografa przepuściłem na te moje projekty okropne pieniądze. Wszyscy wykonawcy ogromnie się do mnie łasili i usiłowali mi w różnej formie wciskać łapówki, nie chcąc stracić tak lukratywnych zamówień. Zupełnie zresztą niepotrzebnie, bo jakoś byłem odporny na takie psucie dobrych obyczajów.
W filmie tym króla Łokietka grał aktor (komediant) Ignacy Machowski. Machowski nie był wtedy jeszcze stary, ale konia bał się nieprzyzwoicie (podobnie jak i inny komediant Wiesław Gołas). No, ale jakże to, król Łokietek bojaźliwie konia dosiada? Nie jest to obraza dla piastowskich wojów? Toż dzisiaj publicysta Michalkiewicz i na koźle galopować potrafi...

Kiedy więc zaczęły się zdjęcia, Łokietek Machowski dumnie w dal spoglądał i mieczem swym żelaznem wszelkie wrogi odstraszał. Ja, dla wszelkiej historycznej pewności, jego konia poniżej oka kamery trzymałem, ażeby króla Łokietka nie narażać na patriotyczne wstrząsy, a niedobitkom Polan nie odbierać resztek nadziei.

Skoro jednak umarł aktor Ignacy Machowski, w czym miał szczególnego pecha, to może jeszcze prawdziwy król Łokietek żyw jeszcze?

piątek, 24 grudnia 2010

POLOWANIE na karpia

Z moim przyjacielem Zygą, zapalonym wędkarzem, poszliśmy kiedyś na nocne czuwanie w rozlewiskach wielkiej rzeki. O piwko też się postaraliśmy, i tylko noc zdawała się nam nazbyt żmudna i karpiom nieprzychylna.
Tedy idziemy, księżyc drogę nam oświeca. I Zyga mówi: to tu, pod tym wielkim drzewem...
A mnie coś tak tknęło i powiadam do Zygi, który w książycowej nocnej poświacie akurat się ukrył.
— Zyga, a może byśmy poszli trochę dalej?
Zyga, łaskawy chłop, zaraz mi przytaknął, i rozłożyliśmy się w następnej zatoce.
Siedzimy, piwko pijemy, noc się łaskawa w chmurach burzowych kryje, spławiki kołyszą się dostojnie, i jak nagle nie pierdutnie, to się z Zygą nawet nie zdążyliśmy ukryć pod najbliższym konarem. Ulewa przyszła tak nagła, takie grzmoty na nas spadły, że tylko swąd spalenizny zdołał nas z lekka zatruć, co wskazywało na niedalekie powinowactwo duchowe. Bo też i jeden piorun uderzył bardzo blisko... Zaraz potem zacichło wszystko i burza odeszła w kibini matir.

Kiedy rankiem wracaliśmy bez karpia, na tym niedalekim miejscu, gdzie Zyga sobie zwykle siadywał, leżało powalone przez piorun owo wielkie drzewo.