piątek, 20 września 2013

STUDNIA polska

Studnia jest pojęciem, któremu w polszczyźnie przydano wiele kontekstów. Już z dawna obmyślam, jak uporać się z tym tematem. Tymczasem mogę tylko w ten sposób zaświadczyć, że zmagałem się ze studnią.

Otóż, przed laty, zacząłem sam kopać studnię w Bronnej Górze metodą tradycyjną, czyli w kręgach betonowych. Nie skorzystałem z porady radiestety, bo i sam mam takie właściwości. Tak czy siak, przestawiałem patyk kilka razy, bo mi wciąż coś uwierało. Ostatecznie zawierzyłem mojej intuicji.

Na dziesiątym kręgu ukazała się woda. Wtedy wziąłem kopacza od studni, bo trzeba było się ścigać z napływającą wodą. I tak wgłębiliśmy ostatni krąg.
I onże tak mi powiedział: 20 lat kopię studnie, ale jeszcze nie widziałem, żeby woda tak dawała...

Teraz mam dwa i pół kręga wody. Po długiej pracy pompa jest w stanie wybrać pół kręga. Dwa kręgi stoją jak zaklęte!

Mój daleki sąsiad zakopał 60 kręgów bez kropli wody. Kiedy zbadałem to miejsce, okazało się, że zaledwie osiem metrów dalej jest wodny ciek na małej głębokości.

A to wszystko napisałem dlatego, żeby powiedzieć:

Kopcie, Polanie, własne studnie!
Woda — nie Jahwe i jego kalkomanie na szkle — jest źródłem życia!



wtorek, 13 sierpnia 2013

SAMIZDAT

Pan Gerwazy należy do tych głupków, którzy samizdaty w PRL-u wspomagali. Ale przecież i dzisiaj internetowa twórczość z samizdatów się wywodzi. Czyli, jak mawiali Rosjanie w Rosji Radzieckiej: sam napisałeś, sam wydrukowałeś, sam przeczytałeś, i sam poszedłeś za tę twórczość siedzieć.

Dlatego z pewnym  pobłażaniem spoglądam na wielu internetowych autorów tak uległych wobec    statystyki, która dodaje im zapewne poczucia własnej wartości  —  tyle że w funcie kłaków wymiernej. Wprawdzie nie jest trudno samemu tę statystykę poprawić, ale te setki tysięcy czytelników i słuchaczy mają swój swoisty rozmach, któremu ja jakoś nie ufam, bo nie lubię życia w tłumie.

A więc tu moje teksty czyta zaledwie kilku rozumnych czytaczy — także niewiast — i kilku przygodnych wędrowców, co sobie cenię. Nie widzę więc potrzeby, aby nakład moich pism wirtualnie zwiększać. Ostatecznie ja sam jestem najważniejszym czytelnikiem!
Zwyczajnie samizdat.

poniedziałek, 8 lipca 2013

STAROŚĆ

Wszyscy wokół starzeją się gwałtownie, tylko nie ja. Ale, ażeby nie popaść w nadmierną euforię, dokonałem oceny stanu technicznego mojej facjaty. Owóż na mojej twarzowej tablicy brak jest zmarszczek czy uszów zajączka przy policzkach. Chociaż jestem już półwiecznym facetem, a zaledwie wczoraj byłem wartym grzechu młodzieńcem, to nic nie może przesłonić i tego faktu, że nawet do odzysku już się nie nadaję, bo tak nakazuje elementarna przyzwoitość. Aczkolwiek i w intymnym zakresie wydaję się być całkiem sprawny.
Poza tym, prawdopodobnie, intelektualnie przewyższam wielu trzydziestolatków o kilka długości. Dorobek też mam — chociaż na stan dzisiejszy trudny do oszacowania, albowiem jego wartość ciągle rośnie.
Czyż więc, mimo wszystko, nie mogę oczekiwać, że mnie jakaś panna albo rozwódka albo mężatka bezinteresownie pokocha? A najlepiej wszystkie naraz! Bo czyż prawne i mentalne usankcjonowanie wielożeństwa nie jest tym właściwym antidotum na zapaść demograficzną Polski?
Oferty tedy proszę składać i na lepsze propozycje nie czekać!


Bachus

niedziela, 19 maja 2013

JUSZKA

Dzisiaj odeszła nasza cudowna suńka, nasz jamnior Juszka. Była z nami ponad dziesięć lat. Jeszcze rankiem, jak co dzień, próbowała pojąć naturę wody w stawiku. Teraz leży obok mnie na kanapce przykryta swoim kocykiem.
Widomy to znak, że i mnie samemu trzeba się szykować.
Pozostawię ten żałosny padół bez żalu, aczkolwiek— chwilami— tak piękny.
Tedy z Juszeńką się nie żegnam.

piątek, 17 maja 2013

KLESZCZYCA

Od zawsze były ze mną Zwierzęta: psy, koty, papużki, gołębie, kuny, jaskółki, jastrzębie, wiewiórki nasze i syberyjskie, i konie naturalnie. Jeszcze przed dwudziestu laty kleszcze były co najwyżej tak dokuczliwe jak pchły. Dzisiaj stały się śmiertelnym  zagrożeniem także dla ludzi. (Może to jest ten najbardziej skuteczny środek na depopulację)? Kiedy więc słucham kolejnego odmóżdżonego katola, który swoją aktywność w obronie Ojczyzny widzi w modlitwie, to tylko ta choroba wydaje mi się adekwatnym opisem jego stanu świadomości.

Kleszczyca — czyli katolicyzm!

czwartek, 9 maja 2013

HAMANEJA

Wioska nad jeziorem Wigry. Nazwę tę nadali jej w miarę zasobni przedwojenni suwalscy Żydzi, którzy swoich chazarskich pobratymców mieli w głębokiej pogardzie. Wprawdzie nie wszyscy tubylcy przybyli tu z Chazarii, ale właśnie ów gen chazarski okazał się dominujący — jako że łyżka dziegciu popsuje beczkę miodu.
Jednakże nikt już nie wiedział, co znaczy owa Hamaneja.
I trzeba było trafu, że pan Gerwazy znalazł się w Bawarii. I tam po szwabsku "hama net" (fonetycznie) przekłada się na: "nie mam nic!"
Suwalskim Żydom chodziło zapewne o dobra materialne. Mnie zdaje się konieczne dopisanie umysłowych zasług.

Kwas solny tej ziemi!

wtorek, 30 kwietnia 2013

LETNIK

Zmora polska. Palant zwykle i człek pozbawiony elementarnego poczucia odpowiedzialności za Polskę. Raz w roku albo od święta chce zobaczyć nieskalaną jeszcze przez siebie przyrodę. W poczuciu misji zostawia więc po sobie  śmiecie i własne odchody. Co bardziej zasiedziali budują sławojki na torfowym brzegu jeziora — bo tam wszystko wsiąknie — i zostawiają  swoje przyczepy campingowe jako element pejzażu — bo te były kiedyś na kołach, a więc administracja dopuści.
A jak się letnikowi zachce pomostu, to przywiezie stalową konstrukcję trakcji elektrycznej i wrzuci to do jeziora. Zaraz potem zbuduje za sobą sraczyk na swoje umysłowe gnioty.

I  tak w szczynach, umysłowej czkawce i pijackich westchnieniach tonie Polska.

czwartek, 18 kwietnia 2013

WIEŚ

Oprócz tych słomianych stodół w Nieszawce i Rudaku nad Wisłą koło Torunia, prócz tej bagiennej rzeczki, gdzie budowałem moją pierwszą tratwę do oceanicznej podróży, prócz tych moich tak wielu wiejskich zachwyceń — to jeszcze zostało: wykute brony i pługi pokryte mchem, i ten piasek na kołach dwukółki Iwana Bunina.

czwartek, 11 kwietnia 2013

LUSTRO

Od pewnego czasu przestałem się spotykać z samym sobą w lustrze. Bo to grymas nijaki, albo brew siwiejąca, albo poczwara na mnie jakaś patrzy.
Pogrążam się tedy w zbutwiałych kartach ksiąg, gdzie zwykle tkwią zadymione zwierciadła, które jest trudno opisać. Albowiem tylko takie zwierciadła nie szukają w sobie mojego odbicia.
Tedy przechodzę ukradkiem na drugą stronę. TAM niechybnie czeka na mnie Polska!

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

ZZA PŁOTA

Wpadła mi w łapska — kupiona okazyjnie na jarmarku — nowa gazeta "ZZA PŁOTA".
Otwiera numer wstępniak redaktora naczelnego p.t. "Przez dziurę w płocie". Przez tę dziurę uśmiecha się do nas bogobojnie sam łojciec Rydzyk. Żadne to sztuczki, żadne wykręty. Zwykła rotacja.

REDAKCJA I WSPÓŁPRACOWNICY:

Redaktor naczelny: Paweł Przechera
I zastępca redaktora naczelnego: Piotr Archanioł

Sławomir Centuś, Cezary Giez, Piotr Więźba, Katarynka, Waldemar Włosek, Krzysztof Maślany, Eryk Mistyk, Piotr Ósemka, Szewach Licht, Bronisław Wassergiesser, Marcin Niewola, Tomasz Geier, Rafał A. Glebowicz.

WYDAWCA: Kurzy Pazur — spółka z ograniczoną odpowiedzialnością.

A śnieg wciąż pada. Oczekiwany komunikat o stanie wód.

piątek, 8 lutego 2013

DONNKA


Tak więc stało się!
Ciemności i śnieżyce spowiły Ziemię. Z tego  tumultu wyłoniła się twarz Swarożyca, który ofiarował Gerwazemu klacz cudną, co  to jej przodkowie na wielu prastarych łąkach bywali. I teraz Gerwazy w Mocy jest swojej jak najbardziej  klaczki. Tej Mocy nie da się chyba żadną miarą opisać!


Opisać się nie da, ale można próbować zdać sprawę i tak:

Przodków Donnka ma tak znamienitych, że we łbie się kręci. Jest tam na ten przykład Wielki Szlem i Comet! Jest i linia babolniańska! Ojciec miał najwyższe noty za ruch, co już sprawdziłem przymuszony, bo Donnka mi się wyrwała i pół godziny samodzielnie galopowała po zaśnieżonym polu; co mówię, ona zwyczajnie nie dotykała ziemi. Zdawało mi się, że pójdzie w Puszczę i zniknie bez śladu, ale po tym wyczynie podeszła do mnie skruszona!
Charakterek ma więc niebanalny i siłę w kopytach. Albowiem wlokła mnie przez zaspy bez żadnego wysiłku, chociaż skończyła zaledwie dziesięć miesięcy. Tak więc jest co opisywać, jeśli się potrafi.


A jeśli się nawet potrafi, to na spełnienie takiej przepowiedni brakuje czasu. Bowiem — jak powiada stara przypowieść — hodowca, który ma jeszcze czas na coś innego poza hodowlą swoich rumaków — jest złym hodowcą!
Tak więc pan Gerwazy nie ma czasu literalnie na nic — poza hodowlą swojej arabskiej klaczki: pojenie, karmienie (3 razy dziennie, a i to nie wszystko), wymiana ściółki, czyszczenie, rozmowy, przytulanki, i jeszcze ta cała końska logistyka, która dla zwykłego polskiego tubylca jest trudna do zaakceptowania, bowiem ten jest przywiązany nie do swojego baśniowego rumaka, lecz do swojego telewizora, który obsługuje od lat bez wytchnienia.
Dlatego powrót do prostych czynności, które nasi Dziadowie na co dzień wykonywali, zdaje mi się dobrą wprawką dla sprostania elementarnej powinności, jaką jest służenie słowiańskiej Rzeczypospolitej!

wtorek, 15 stycznia 2013

ZADURA Bohdan

Człek ten, po długim stażu, objął był schedę w "Twórczości" po Jerzym Lisowskim w październiku 2004 roku, co poświadczają internetowe encyklopedie. Ja chciałbym poświadczyć własnym życiem, że poetnik ten sprawny marności jest siewcą.

Owóż, pan Bohdan Zadura miał takiego pecha, że ośmielił się całkiem bezinteresownie zachwycić moimi wierszykami. Głupio o tym pisać, ale tak było, bowiem mam miarodajną relację.
Rzecz jednak stała się nazbyt znana, bym mógł się cichutko przemknąć nawet w niskonakładowym piśmie literackim. I pan Bohdan Zadura otrzymał po tygodniu (tylko tak to sobie mogę wytłumaczyć) odpowiednie zalecenie, aby z zachwytu swego raczył w podskokach zrezygnować, czyli dostał – zdawałoby się – propozycję nie do odrzucenia.
(W tym samym czasie wysłałem także do "Odry" swoje brednie. I zaraz dostałem od Zbigniewa Paluszaka sympatyczny list, że, i owszem, wydrukują, bo Orskiemu też przypadły do gustu moje literki, a Paluszakowi moje obrazki. I także nastała po krótkim czasie złowieszcza cisza!)

W taki oto sposób — bo pomijam kilka szczegółów — polski poeta dał ciała. Byłbym jednak niesprawiedliwy, gdybym nie podniósł i zasług Bohdana Zadury. Właśnie obchodzę mały jubileusz, bowiem mija dwadzieścia lat od mojej ostatniej publikacji w "Twórczości". Gdyby nie Bohdan Zadura i inni — nadal bym tkwił w złudzeniu, że nad Wisłą istnieje wolna od nikczemności literatura i sztuka!

Panie Zadura, warto to było za tak niskie apanaże tak się zeszmacić?

P.S.
Naturalnie, jak każdy przeze mnie obsmarowany, ma pan Bohdan Zadura możliwość opublikowania  w tym miejscu — bez żadnej ingerencji z mojej strony — swojego sprostowania lub protestu.

czwartek, 10 stycznia 2013

BIEŃKOWSKI Zbigniew

Malutki, chudziutki, nieco zabiegany, z jerzykiem sterczącym i siatką na motyle, która była zwykłą siatką na zakupy. Mimo to złowił w nią Małgorzatę Hillar, istny Cud! I z tego oczarowania wyczarowali synka Dawida, który dzisiaj całkiem udatne układa strofy. A przecież pamiętam tego zaledwie dziesięć lat młodszego ode mnie chłopca, jako rozbrykane nad Utratą źrebię...

Jest Zbigniew Bieńkowski bezinteresownym patronem mego debiutu w warszawskiej "Kulturze". Potem spotkaliśmy się tylko raz w redakcji "Poezji", gdzie starał się podołać przydzielonym nie na Jego miarę obowiązkom. 
Gdyby nie On, pewnie nigdy bym nie uwierzył, że jeszcze ktoś poza mną jest w stanie odczytać moje  pismo klinowe.


wtorek, 8 stycznia 2013

ROJT Ebenezer

www.kompromitacje.blogspot.com

Zaledwie przedwczoraj trafiłem w dżungli Internetu na te teksty. I zaraz się bałamutnie zachwyciłem! I, bynajmniej, nie dlatego, że Ebenezer Rojt tak precyzyjnie swoich pacjentów punktuje, bo przecież szczególnie pacjentowi należy się krytyczne Miłosierdzie. — W tej jednak dziedzinie Jego Miłość Ebenezer Rojt osiągnął takie skupienie i przewagi, że sprowadzanie jego pisarskiej sztuki do trywialnego czepialstwa mogę tylko potraktować z należnym milczącym lekceważeniem. A przecież mam też świadomość, że Jewo Wieliczestwo  E. R. może i mnie wziąć pod mikroskop. A wtedy marnie będą wyglądały moje wdzięki!

poniedziałek, 7 stycznia 2013

ROSJA

Wciąż chcę o Rosji napisać.
Wprawdzie temat jest obszerny, ale czyż ja nie mam prawa — polski pan — iść na syberyjskie skróty?

A więc Rosja — czyli gdybym nie był Polakiem, byłbym Rosjaninem.

sobota, 5 stycznia 2013

STYCZEŃ

Mamy akurat styczeń, a więc czas na powstanie styczniowe. Tym bardziej, że tamto Powstanie "nie zakończyło się klęską, albowiem zaraz po nim zrodziła się idea pracy u podstaw" — tako rzecze dzisiaj jakiś klecha w Częstochowie. I to kibice, zwani także kibolami, mają ponieść ten sztandar. 
Wedle chrześcijańskiej tradycji jest to właściwy zaciąg do powstańczej armii. Chórek, ubrany w koszulki Ruchu Chorzów, odśpiewa psalmy nad grobami.

Oto ksiądz Marek zmartwychwstał jako zombi — czyli chrześcijańskiej wierze stało się zadość!
W górę serca!

wtorek, 1 stycznia 2013

KLACZKA

Zapewne pan Gerwazy jest w takim miejscu swego marnego żywota, że lada dzień pojawi się w Bronnej Górze wyśniona przez pana Gerwazego klaczka. Tedy pan Gerwazy nie jest za bardzo przy swoim rozumie. Chodzi tylko i o wszystko się potyka. Siodła prastare przekłada i czyści, ogłowia i czapraki sumiennie przegląda, stajenkę rychtuje, sianka i owsa poszukuje. I nie jest to w żadnym razie szopka.
Albowiem wszystko jest tak jak wtedy, gdy galopowałem jako słowiański woj na moim koniku bułanym w głąb obrazka. 

BREDNIA

Brednia mnie zabija podstępnie. Nie tyle wszakże ta moja własna nudna brednia, tak już udomowiona, ile ta wyimaginowana, z publicznego życia duchowego odsączona: perfuma smrodliwa, afrodyzjak dla tłuszczy.
Słucham więc z coraz większą rezygnacją tych, którzy własne nieuctwo i zanik obowiązku ustawicznej pracy umysłowej, czynią sztandarem swego patriotyzmu — gdzie i ja mam się udać! Słucham ich maniakalnych tyrad niezdolnych do żadnego dyskursu, bo brednia tym bardziej jest wrzaskliwa, by się za wrzaskiem ukryć. Albowiem katolicki patronat nad polską brednią zdaje się wielu wystarczać w oczekiwaniu na win odkupienie i życie wieczne, które każdy obrzezany rozumek jest w sile dopuścić do swego właściciela.

wtorek, 25 grudnia 2012

BŁOTKO

Jako  nieustępliwy miłośnik publicystyki Stanisława Augusta (Michalkiewicza) od zarania dziejów, czyli od dość odległych czasów, gdy nie patrząc na starszeństwo elementarz Falskiego sobie w piaskownicy wyrywaliśmy, gdy Picasso zostawiał swoje bzdety na ścianie robotniczego mieszkania na Powiślu, gdy próbowaliśmy opanować wiedzę tajemną o kotku Ali i innych stworzeniach Polski Ludowej, gdy Brzechwa jeszcze nie umiał sobie wyobrazić, że te dzieciaki będą go kiedyś chciały strącić w potępieńczą nicość — wtedy, w różnych zakątkach Polszczy, rodziły się też jakże prawdziwe sumienia zniewolonej przez komunistów Ojczyzny: na obraz i podobieństwo  okrutnie prześladowanych opozycjonistów, którzy dzisiaj za wszelką cenę chcą mieć dobrze opłacone swoje stracone lata; one to właśnie dzisiaj mi powiadają, że wodę tylko leję!

Otóż jest to niesprawiedliwe wyzwanie. A to dlatego, że ja prawdziwe błotko rad niezmiernie roznoszę. I nie jest to żaden krystaliczny zdrój. Nad czym naturalnie ubolewam.

czwartek, 20 grudnia 2012

ZNAK ostrzegawczy

Jak pan Gerwazy nazajutrz (dosłownie) po wyborze Lecha Kaczyńskiego zastępcą prezydęta Kwaśniewskiego ośmielił się był na wyartykułowanie znaku ostrzegawczego, to natychmiast został zakrzyczany i odsądzony od czci i wiary przez dyżurnych patriotów, którzy pospólnie starają się zniweczyć wszelką bezinteresowną myśl o Ojczyźnie Polan.
Morał z tego jest taki, że intelektualna i intuicyjna czujność nie jest nigdzie mile widziana, albowiem patriotyczne pospólstwo woli się onanizować przy sylabizowaniu "Gazety Polskiej", albo przy słuchaniu "Radia Maryja". No, i obowiązkowo broni krzyża na Krakowskim Przedmieściu, by za tą dymną zasłoną oddać pachciarzom ostatnie skrawki Rzeczypospolitej.

Nawet Karol Marks mawiał, że głupiec największym jest zagrożeniem. A pan Gerwazy jeszcze i to doda: większym, aniżeli łupieska barbarzyńska armia!

wtorek, 18 grudnia 2012

INTERPUNKCJA

Zasady w polszczyźnie to luźny, ulegający wciąż przemianom zbiór — nie żaden dogmat. Tak i interpunkcja służy głównie jasności i daje możliwość nabrania oddechu w trudzie czytania. Jest tedy dbałością autora o czytelnika, w celu oszczędzenia mu nadmiernych i niepotrzebnych cierpień. Nie ma to więc nic wspólnego z pojęciem "ładnego opakowania", który to zarzut czasem słyszę szczególnie tam, gdzie mi powiadają, że, i owszem, ładnie piszę, ale o niczym.! I tutaj przywołuję na pomoc kropkę, średnik lub przecinek!
Naturalnie dla tych, którzy pitolą bez wytchnienia, każde zatrzymanie się dla refleksji zdaje się być poza wszelką rachubą. Bowiem zawsze jako pierwsi chcą dobiec do celu, którego jednak nie umieją precyzyjnie sformułować. 

I tak sobie trwa to nasze polskie przesiewanie piasku. Dlatego coraz bardziej słychać zgrzytanie zębów między wyrazami.
Od Powstania do Powstania — gdy w środku brak zwyczajnego przecinka!





sobota, 8 grudnia 2012

PALETA


Tej palety nigdy nie ośmielił się dotknąć mój pędzel. Przechowywałem z największym pietyzmem jej ścieraną codziennie strukturę farb i oleju lnianego. Paleta ta, sklejona z dwóch kawałków drewna, umiejętnie wyważona, obejmująca malarza swoim wdziękiem o wymiarach 75 cm x 35 cm  (co i wiele piersi nie jest w stanie objąć) — zawsze wydawała mi się bytem samoistnym. Malarz był zaledwie jakimś przydatkiem.

I otóż zdarzyło się, że odziedziczyłem tę paletę razem z fortepianem Aloisem Kernem, sztalugą i kuferkiem dla farb malarza Wąsika z ulicy Floriana w Skierniewicach, który poza tym, że był wybrańcem mojej ukochanej Zofii, był także przyjacielem malarza Lasockiego. A onże — jak mi to bajała Zofia filuternie — wynajęty był przez króla angielskiego do odmalowania najbardziej urodziwych krów z królewskich obór. Czynność tę uprawiał Lasocki znakomicie także dlatego, że Zeusa koncept dla siebie wykorzystywał i często przemieniał się w byka. I ta właśnie paleta malarza Lasockiego jest własnością. A kim był w istocie Kazimierz Lasocki malarz — coraz trudniej doszukać się we wszelkich encyklopediach.

piątek, 19 października 2012

MĘTRAK Krzysztof

Mętraka poznałem, gdy z moim wierszem poszedłem na ulicę Wiejską w mieście królewskim, gdzie redagowała się warszawska "Kultura". Właśnie Rafał Wojaczek zasypał swoimi słowami swój grób, albowiem nie umiał się pogodzić, że słowo, i każdy literka — są nam tylko na chwilę dane.

Tak więc Krzysztof Mętrak pochylił się nad moim wierszem, poświęconym Wojaczkowi.
Po chwili — spojrzał tak na mnie bez żadnego wstępu i orzekł: Przyjmuję!
(Redagował Mętrak w "Kulturze" dział poezji).

Często o Mętraku myślę. 
Stoi do dzisiaj tak strasznie osamotniony przy Grubej Kaśce — i ja mijam Go jadąc tramwajem.

piątek, 12 października 2012

CHRYSTUS Frasobliwy

Toć przecie, pod jego zwodniczym imieniem, przetrwało do naszych czasów ludowe wspomnienie słowiańskich bogów. Przyszło przemocą nowe imię, ale został stary obyczaj i wiara w pogańskie rytuały.
Mój Chrystus Frasobliwy ma rysy Piasta Kołodzieja! Na kapliczce przydrożnej, tak zespolonej z polskim pejzażem — którą w Bronnej Górze wybudowałem — są prawie wszystkie zwierzęta, które towarzyszą nam w naszym i ich przemijaniu.  I jest i On: zwyczajny, sterany nadmierną pracą, nie udający żadnego proroka.
Ot, frasobliwy Słowianin, zajęty rozmyślaniem o naszej nicości.

poniedziałek, 8 października 2012

MARUCHA gajowy

Wszyscy w miarę zorientowani wiedzą, skąd gajowy Marucha przybywa. I nie jest to wiedza godna jakiejś szczególnej mszy za jego Duszę. Aliści, jako skryba pisujący czas jakiś na jego podświetlonym katolicką emanacją billboardzie, starałem się przede wszystkim nie ufać własnym zmysłom.

Szczególnie dlatego, albowiem tzw. ateiści — wedle jego mniemania — nie mieli i nie mają jakoby wobec Rzplitej żadnych zasług i powinności! Cóż więc szkodzi zarzucić mi brak wiary. Jako pogański Błotniak nie mam w myśl tej doktryny żadnych praw do moich błot, które sam stworzyłem.
Pan Gajowy bowiem zdaje się sprzyjać tej replice Dziejów, w której nie ma już miejsca na bezinteresowne bicie serca!

Tylko korona cierniowa ma zakreślać granice Polskiego Królestwa.


SIKORKA

Wśród ptaków, które Polski nigdy nie opuszczają, Sikorka — we wszelkich odmianach — jest szczególnie Polsce przychylna. A więc już od wczesnej jesieni dokarmiam moje ptaki. A to słoninką, a to ziarnami słonecznika, których piętnaście kilo na miesiąc ledwie wystarcza.
Ledwie zagwiżdżę z ranka, a już są!  Zawsze i wszędzie!
A kiedy nie zagwiżdżę — wlatują do Domu lub w okienka stukają łapkami.

I pewnego razu, porą zimową, poszedłem z siekierą do Puszczy. Wokół nawet żadnego zwierza nie było. Przysiadłem więc strudzony pod ogołoconym z liści klonem — delektując się moją samotnością.
A tu, wśród gałązek, całe moje stadko sikorek za mną przyleciało, i także nad moją głową przysiadło!

Sikorka tedy, a nie majestatyczny orzeł, rozwija nade mną polską chorągiew!

środa, 3 października 2012

FLORCZAK Zbigniew

Jedyny krytyk sztuki, który przyszedł na moją pierwszą wystawę — w galerii na Starym Mieście w Warszawie — bezinteresownie. Inni — nazwiska do wglądu — mieli akurat  powierzone sobie przez odpowiednie ośrodki decyzyjne inne zadania. A przecież Florczak starał się także redaktora Giedroyca na wygnaniu nie zawieść — gdy pisywał u niego jako "Pelikan"!

I otóż napisał Zbigniew Florczak dwa felietony o moich obrazkach: "ARTYSTA W USTRONIU" i "PRZEDMIOTY POZOSTAWIONE NA ŁASCE WYOBRAŹNI". Napisał tam także, że pewnie zechcę w przyszłości namalować jakieś większe obrazy, bo te są — póki co — całkiem małe.

I tu intuicja Go nie zawiodła.
Albowiem namalowałem Bronną Górę!
Czyli tę Górę ulepioną z setek ton kamieni.
Ten mój obraz, który już w miarę długo pozostaje na moich sztalugach.

Zbigniew Florczak, żołnierz "Baszty", odszedł kilka lat temu na Niebieskie Łąki, gdzie katolicki Bóg na nas wszystkich czyha, aby nas skonsumować — niezależnie od zasług.
Dlatego także i w Jego, Florczaka śmierć, nie mogę uwierzyć. Bowiem śmierć żyje zaledwie tylko w naszej wyobraźni. 




piątek, 14 września 2012

BÓG

Katolicki uzurpator. Mimo to, w poszanowaniu dla naszych Przodków, wciąż używany jako figura retoryczna.
Kanibal i nekrofil!

GROSS Jan Tomasz

Ćwierć Intelektualisty, ćwierć Żyda, ćwierć Polaka, ćwierć Pisarza. Antysemita i przebiegły kłamca lochu godzien — albowiem nawołuje do rasowej nienawiści.
Wedle rekomendacji Adama Michnika — pretendent do grobu na Skałce!

niedziela, 17 czerwca 2012

CEJROWSKI Wojciech

Postać wyjęta z katolickiego komiksu, a więc wyzywający katolik epatujący publiczność swym obrzezanym w dalekiej przeszłości ogonem hiszpańskiego Żyda.  Gwiazdeczka publicystyczna szalejącego bezkarnie plutonu egzekucyjnego, mordującego Rosjan i literaturę rosyjską. Groteskowy klon Arkadego Fiedlera - ojca. Piewca definicji empatii, z której wykluczone zostały zwierzęta. Dlatego z upodobaniem uprawia zawód pastucha rzeźnego bydła. Cwaniak i hucpiarz.

P.S.
Na konieczność skomentowania wypowiedzi W.C. o rosyjskiej literaturze i Rosjanach, zwrócił mi uwagę pan Palmer.Eldritch.1984 — którego teksty niniejszym rekomenduję.  
blog palmereldritch