środa, 10 września 2014

GOWIN Jarosław

Facio, który udaje, że umie grać równocześnie na kilku fortepianach, chociaż na oślep stara sią trafić zaledwie w jeden klawisz. Tedy nigdy się nie przyzna, że nie umie dostroić choćby tych trzech koniecznych dzwięków, bo wystarczy mu muzyka sfer z Matką Boską w tle! Na dodatek, nie wiedzieć czemu, uzurpuje sobie słowiańskie imię. 
Po porannej zaś mszy za Ojczyznę robi bokami, ażeby dozbroić banderowskich Ukrów. I temu katolakowi nie przeszkadza, że przy pomocy jego katolickich intencji będą masakrowane piękne rosyjskie  dziewczęta, które by mogły zacerować za frajer dziurawe ukraińskie skarpety.
— Ależ te 15 milionów euro na dozbrojenie banderowskiej armii w zupełności wystarczy. Przecież ulubioną ich bronią są piły i topory!

Spokojnie! Jarek się za wszystkich pomodli!

środa, 20 sierpnia 2014

SKRZYPCZAK Waldemar

Podobno generał, ale to chyba jakowaś maszkara upstrzyła mu swymi odchodami epolety. Piszczałka bojowa na miarę armii, gdzie dwóch oficerów przypada na jednego szeregowca. Tedy sobie piszczy i skrzypi bez umiaru, bo wymusztrowany na placu apelowym polski rekrut ma zapewnić Polsce jedynie bezpieczeństwo defilady w myśl NATO-wskich dyrektyw i medialnej paranoi.
Występuje zwykle w jeszcze polskim mundurze — po cywilnemu. Dlatego może buńczucznie nawoływać do dozbrajania Ukrów, co jest wstępem  do krucjaty na Rosję projektowanym przez patryjotycznych filutów.
Akurat dobra kandydatura na szefa Oddziału Zamkniętego.

(Dopisane 28 sierpnia 2014)
Zdziwień nigdy dosyć! Coś mnie pokusiło i udałem się z maniackim uporem na stronę "Głosu Rosji". No, tu to mogę się czuć bezpiecznie, tu mnie nikt o bezczelne rusofilstwo nie oskarży. I akurat zachciało mi się swoje trzy po trzy pod artykulikiem pani Zofii Bąbczyńskiej-Jelonek zamieścić, czyli powyższą laurkę na świat rozsławić. Nikt się jakoś nie odezwał, ale po kilku dniach redakcyjny cenzor moją filipkę na Syberię zesłał. Jakoś mi się jednak nie chce wierzyć, że pan podobno generał Skrzypczak ma w "Głosie Rosji" tak możnych protektorów i obrońców swojej czci. Wychodzi mi na to, że poczytano w redakcji moje teksty i uznano mnie za element nazbyt samodzielnie myślący. Ale możliwa jest i taka konfiguracja, że "Głos Rosji", będąc członkiem tak wielu międzynarodowych ciał, ma na ten przykład wspólne interesy z Informacyjną Agencją Radiową, która właśnie zamienia mózgi Polan na galaretkę. A szefuje tej agencji nie byle kto, bo sam chazarski potomek jednego z wiceministrów Urzędu Bezpieczeństwa z lat tak jednoznacznie chwalebnych. I tu intuicja podpowiada mi jeszcze jedną hipotezę. A mianowicie taką, że w polskiej redakcji zainstalowany jest kret, znający dobrze język rosyjski. Może to być dawny współpracownik Wolnej Europy albo BBC. 
Aliści jakieś refleksje nachodzą mnie także gdy czytam, cytuję:
"Głos Rosji to państwowa spółka multimedialna, nadająca na zagranicę od 29 października  1929 roku. Jest najstarszą stacją radiową w Rosji. Już od 80 lat kształtuje wizerunek naszego kraju na całym świecie".
Ot i wizerunek!

(Dopisane 6 maja 2015)
W Polskę uderzyć musiał meteoryt, bo ziemia się zatrzęsła i snop światła padł na generalską głowę, która ogłosiła protest przeciwko swemu niedawnemu nawoływaniu do zbrojenia banderowców w służbie chazarskiej. Wygląda jednak na to, że przed głową generała stoją jeszcze inne intelektualne wyzwania.

piątek, 15 sierpnia 2014

EMELIN Nikolai

Kilka razy usiłowałem napisać o jego pieśniach i o nim samym. Zwyczajnie mi się nie udało, czyli nie umiem. Internet wszakże daje możliwość ominięcia mojej przypadłości. Wystarczy posłuchać.
Tak więc ja także dlatego jestem Polakiem, bo kocham Ruś!

środa, 13 sierpnia 2014

RZECZNIK słowiański

Federacja Rosyjska nie dorobiła się jakoś znaczącego rzecznika prasowego. A ja przecież już dość dawno, pisując za frajer w Internecie, proponowałem najzupełniej bezinteresownie prezydentowi Władimirowi Putinowi moją kandydaturę na to stanowisko. Bo cóż byłby to za ambaras dla  naszych wspólnych wrogów, gdyby jakiś tam Polak, w dodatku żle gadający po rosyjsku, wykładał rosyjską i słowiańską rację stanu! 
Ponaglam więc, albowiem taka oferta może się już więcej nie zdarzyć. A to dlatego, że figurant odgrywający w tej jeszcze Polsce obowiązki ministra spraw zagranicznych, przekroczył wszelkie granice pijackiego bełkotu. Mimo to jego tyłka będzie chronić pięciuset amerykańskich żołdaków upakowanych do kilku helikopterów. Tyle zaledwie wystarczy, by sterroryzować Polaków!

piątek, 8 sierpnia 2014

BIAŁCZYŃSKI Czesław

Wedle autorskiego opisu przyrody te przeklęte "Ruski" odpowiadają za wszelkie zło tego świata. "Ruski" przebierają się za własnych zabójców i pod zasłużonym — nie tylko na Wołyniu — znakiem mordują rosyjską ludność na Ukrainie, "Ruski" z mściwą przebiegłością strącają prezydenckiego tupolewa i malezyjskiego boeinga, "Ruski" są zbrodniczymi najemnikami i dywersantami rozstrzeliwującymi zza węgła manifestantów na Majdanie, wreszcie "Ruskich" możemy bez specjalnego wysiłku upokorzyć i w ten sposób, by jadły polskie ogryzki przy kolejnym fetowaniu polskiej hekatomby. 
Katalog rosyjskich win to księga uniwersalna i całkowicie zgodna z obowiązującą doktryną. I zaraz za taką spazmatyczną wiarą, gdzie każdy może być pasowany na  rosyjskiego separatystę, które to miano ma  funkcjonować obok oklepanego terrorysty lub miłośnika NKWD — podąża usłużny interpretator dziejów, który swoją niechlujną polszczyzną i umysłową kakofonią przydaje Białczyńskiemu szczególnych pleśni.
Przyznaję tedy, że jestem w rozterce. Mój umysł jest bowiem za krótki, aby pojąć tak spreparowaną słowiańską toń Białczyńskiego. Wielu zaś umysłom, nienawykłym do samodzielnego myślenia, a więc tym szczególnie, których wszelakie media przerobiły na zbrojony beton, skrajnie rusofobiczne teksty Białczyńskiego pomagają zamordować Słowiańszczyznę!

wtorek, 5 sierpnia 2014

DUPLIKAT

Słownikowe znaczenie tego słowa jest dość pospolicie znane. Aliści w słownikach nie występuje już czekoladowy duplikat, które to miano zawłaszczył sobie w samouwielbieniu  czekoladowy prezio Dzikich Pól, który dorobił się — zaiste nie tylko w moich oczach — zaszczytnego miana zbrodniarza wojennego, podpadającego ze wszech miar pod europejską jurysdykcję, wsławioną co prawda zamordowaniem serbskiego prezydenta Milosevica. (Bo przecież wszem i wobec powinno być wiadome — kiedy Milosevic powołał na świadka obrony prezia USA — że jego dni będą policzone).
Dziwna to wszak wojna, gdzie na oślep masakruje się z zapamiętaniem rosyjską ludność, a medialne szczekaczki — przepraszam psy — masakrują polską tożsamość.  A jeszcze są i tacy, którzy w katolskim uniesieniu, na katolickiej mszy, przyjmują opłatek wypieczony z makulatury "Gazety Polskiej"— albo innych nadających po polsku mediów.

piątek, 18 lipca 2014

NOWAKOWSKI Marek

Czytać tzw. prozę zdaje mi się od dawna zajęciem durnym i próżnym. Albowiem zaraz widzę LITERATA, który nawet nie umie dać świadectwa swojego żywota. A ten właśnie imperatyw zdaje mi się wciąż uczciwą artystyczną konwencją, szczególnie przydatną dla bezdomnych malarzy i poetów. 
W takiej jednak manierze nie mieści mi się bohater mojej przypowieści,  albowiem zapewne zdarzyło się, że chadzaliśmy po tych samych ulicach: od Bazaru Różyckiego, Ząbkowskiej, Targowej i Wileńskiej do łach nad Wisłą i z powrotem — choćby na Targówek albo na glinianki w Pustelniku.

Tak więc teraz, gdy już nie jestem admiratorem platonicznego seksu z panią Bovary — bo jednak i Balzak wolał chędożyć panią Hańską nie używając swego pióra — a więc wiele poniewczasie — daję tu tylko tak znikome świadectwo, że nikt Marka Nowakowskiego na trasie naszych praskich wędrówek nie zastąpi.
Ta reszta to tylko literatura!

sobota, 12 lipca 2014

POLICZEK

Enfant terrible kreowanej nad Wisłą rzeczywistości, czyli pan Janusz Korwin-Mikke, spoliczkował był osobistość dość podejrzanej konduity, która chce za wszelką cenę uchodzić za męża stanu. I zaraz, we wszelkich stacjach i redydakcjach, rozległ się rozdzierający krzyk ofiary. Jest to widomy dowód, że staropolskie miary sczezły z doszczętem, skoro, na takie zamówienie, o honor tak zelżonego oblicza chce walczyć  z bezstronnym poświęceniem prokuratura.
Ażeby, jednak, dostać w twarz — trzeba takową posiadać i odróżniać ją od tyłka. Zwykły otwór gębowy jej nie zastąpi!
Misericordia!

niedziela, 29 czerwca 2014

DYL ze Słupska

Byt wirtualny zrodzony z jednopłciowego związku Dylaka z Głogoczowskim, edukowany usilnie przez doktora Marka. Ten naukowy projekt miał zapewne na widoku stworzenie  Badyla, który będzie zawsze miał w zanadrzu wiele błyskotliwych ripost. Jako że jednak dyl po polsku to martwy pień drzewa, przylepił sobie Dyl minę blagierską wedle śpiewki: dylu, dylu na badylu... Grymas swój zrealizował zaś na swój poetycki sposób, czyli przerobił twórczo mój czterowiersz "OJCZYZNA", który zacytowałem w sytuacji beznadziejnej przed wrażym przejęciem stron WPS. Cytuję:
"A cóż to w zamian, za pesymistyczny monolog, proponuje nam tu w naszym kręgu, (podkreślenie moje, Błotniaka) obywatel Gagucki...?
zagadkową defiladę na zaciemniałym lotnisku
mojego i twojego kraju
schronionej za rozpiętym płótnem
przed patrzącymi nieustannie martwymi 
i obolałymi oczami...?„

Jak ktoś jest dociekliwy, ten bez trudu znajdzie w "Dziupli Błotniaka" oryginał, czyli moje przed laty "wychodzone" cztery wersy. Wychodząc zaś dzisiaj z pisaniny umiejscowionej w projektach samounicestwiających, pochylam w milczeniu głowę.  Dlatego rozumiem radość Dyla ze Słupska, że tak słomiani interlokutorzy jak ja, opuścili  tak skrojoną przez niego ojczyznę. Będą miały wreszcie Badylaki pełną swobodę twórczą...



piątek, 27 czerwca 2014

DYLAK Tadeusz

Emerytowany internetowy puczysta, który bezcenną lojalność traktuje jako zbędny dodatek. Wpił się swoimi czułkami w Stowarzyszenie "Wierni Polsce Suwerennej", gdzie podstępnie zaczął sam królować zgodnie ze swoją jubilerską cnotą, czyli profesją zamiany gówna w złoto.  Ja wprawdzie zwróciłem kiedyś uwagę, że słowo "Suwerenna" może być w pewnych okolicznościach zbędne, ale nie sądziłem, że moja publicystyczna swada zostanie potraktowana tak dosłownie i na domniemanych zwłokach WPS będą się chciały żywić czerwie. Sprawiedliwie trzeba jednak zapisć, że miał ten jubiler także własne wizje Rzeczypospolitej, gdzie dla takich jak ja nie było przewidziane żadne miejsce. Potwierdza to potęgę daru jego wyjątkowej przenikliwości – co traktuję z należytą pokorą. W końcu, ze szczególną mitręgą, zafajdał nie tylko własne spodnie. 
Dylaki to, musi, jakowaś odwieczna próchna...

środa, 11 czerwca 2014

EUROPOSEŁ

Karykatura albo kreatura demo-kracji. Najlepiej opłacana z publicznych pieniędzy dziwka obojga płci. Komórka mózgowa w stanie auto-absorpcji, albowiem dostąpiło to indywiduum – w długotrwałym procesie kształcenia – łaski umiejętności odczytywania stanu swojego bankowego konta, co nazywa służbą dla Polski.  A więc liczydełko, które najlepiej się czuje w tworzonych przez siebie wyziewach – unicestwiających wszelką bezinteresowną myśl.

środa, 4 czerwca 2014

WOLNOŚĆ

Ta starożytna niewiasta o imieniu Wolność ma w Polsce twarz i posturę komediantki Joanny Szczepkowskiej, której dziad, Jan Parandowski, był moim ulubionym autorem lat chłopięcych. Spisane przez niego dzieje mitologiczne Grecji i Rzymu czytałem w tę i  z powrotem bez ustanku. I oto jego wnuczka, za nic mając taką cezurę czasową, zechciała — powodowana naturalnie wewnętrznym impulsem — uświadomić pospólstwu, że ich Wolność poczęła się w dniu 4 czerwca 1989 roku. Ogłosiła tę hiobową wieść w ówczesnej komunistycznej telewizji, a tajemne siły zdecydowały, by ta wiadomość poszła na wizji. 

I dzisiaj ta sfrustrowana niewiasta o imieniu Wolność, także ogłasza wszem i wobec, że nie została zaproszona na wolnościowe uroczystości.

czwartek, 29 maja 2014

SKORUPKA Ignacy

Wciąż nad Polską unosi się nieszczęśliwy duch ks. Skorupki, co to nawałę bolszewicką pod Warszawą wstrzymał swoim uniesionym ku niebiosom krzyżem. Nikt nie  pyta, czy Skorupka miał wystarczające zasługi, by  w taki sposób osiąść w pamięci potomnych. Bo nawet w ostatnim filmie o roku 1920 jawi się Skorupka jako uniesiony w religijnym zapale patriota, czyli — wedle mojej klasyfikacji — zwyczajny szkodnik.
A przecież mało już kto pamięta, że Skorupka nie był pierwszy. W tworzeniu takich legend mieli swój udział i inni. Tedy wypada wspomnieć choćby ks. Adama Logę z czasów Powstania Listopadowego. Albo, po rosyjskiej stronie, całkiem z polska brzmiącego duchownego Grzegorza Czerniawskiego, który w ten sam sposób — dla dobra rosyjskiej sprawy  —  zagrzewał do walki i zginął, co odpowiednio wykorzystała carska propaganda w walce na mity.
W takiej historycznej scenerii nie ma już żadnego znaczenia, że ks. Skorupkę — w banalnych okolicznościach — mogła zabić zabłąkana kula.
Może więc potrzebny jest Polsce sąd skorupkowy?

piątek, 23 maja 2014

GWIAZDA Stalina

Oto dożyliśmy takich czasów, że gwiazda Josifa Wissarionowicza znów mruga do nas na tyle zwodniczo, by dla niektórych dumnych pisarskich internetowych adeptów stawać się przedmiotem kultu. Przodują w tym procederze, jak i niegdyś, nie tylko entuzjaści stalinowskiego gułagowego pragmatyzmu, ale i dr Marek Głogoczowski, wspinacz i intelektualny obieżyświat, który mimochodem doprowadził postępowanie dowodowe katolickiego oszustwa do szczęśliwego końca.
Czy więc próby rozgrzeszenia Stalina uzyskały  z biegiem czasu jakieś szczególne uzasadnienie, poza odwieczną tęsknotą i podziwem wyrafinowanych umysłów do sprawowania władzy przez Dzierżymordę?
Bowiem kiedy patrzymy tylko na stół do politycznych gier, może się nam wydawać, że Stalin był zaledwie demiurgiem Zła, stworzonym dla czynienia Dobra. Takie rozchwianie pojęć może nas doprowadzić do tak upojnego relatywizmu, że tylko w otchłani wszelkiego unicestwienia będzie mogła zaistnieć polska myśl polityczna.

środa, 16 kwietnia 2014

KOŚCIELSKI Zygmunt

Tak na przednówku — gdy niecierpliwie wyglądamy słonecznych podmuchów — zacząłem się z wampirycznym wdziękiem rozglądać za następną ofiarą, której krew nie zatruje ani mojego serca, ani mojego w miarę dobrego mniemania o sobie.  I akurat napanoszył się z mroków niepamięci bohater  tego aplauzu.
Owóż Zygmunta poznałem nad Utratą, gdy jeszcze był delikatnym i wiotkim młodzieńcem. Coś tam pisywał, coś tam też z konieczności wygłaszał. I w tej materii zapadł mi się w pamięć dlatego, albowiem orzekł, że wiedzę — i owszem — mam sporą, ale "nieuporządkowaną". I chyba od tego czasu staram się, tak bardzo się staram — być bardziej uporządkowany! 

Tak czy siak mamę miał wspaniałą: z Bohdanowiczów, którzy na rynku w Tykocinie kiedyś trwali. Zygmunt utratę rodowej chałupy jakoś przeżył i zatrudnił się w TVP, gdzie był ważnym redaktorem. Potem odpowiednie siły puściły plotkę, że Zygmunt nazywa się w istocie Burski — i go zmieszali publicznie z błotem, co jest przykładem takiej patriotycznej schizofrenii, której zasadniczym symptomem jest naganność służenia swojemu krajowi w WSI, a wynoszenie na pomniki zdrajcy wysługującego  się amerykańskiej wojennej fladze na wszystkich kontynentach.

Kiedy, po latach, odezwałem się do niego podając mu adres Dziupli, zanurzył się nieoczekiwanie  w jakiejś toni, gdzie postanowił uchodzić za eksperta od druków ulotnych, które ja tak bezrozumnie kiedyś wspomagałem.  Naturalnie śmieszy mnie nieco ta nowa Zygmunta profesja, albowiem jest w pewnych kręgach przyjęte, że nie uchodzi pisać o wszystkim. Tedy korzysta on u mnie z immunitetu. Ostatecznie nawet dawna przyjaźń powinna mieć swoje przywileje!

(dopisane w marcu 2018)
Zygmunt przeprowadził się do Tykocina 23 lutego 2018 roku. Odpowiedni anons zamieściła "Gazeta Wyborcza". Trudno mi rzec, czy zobowiązała się w ten sposób sprawować pieczę nad Jego Duszą. Do mnie przyszedł Zygmunt w nocy zaraz po tej dacie, co wskazówką jest, że wszelkie kontrowersje należy rozplątywać bez nadmiernej zwłoki, zanim nekrolog nie zamknie ostatecznie przedmiotu sporów.
W moim archiwum jest gdzieś Zygmunt na ulicy Trockiej  (tej od Troków), ukryty w kapucy. Poszukam, ale nie daj się Zygmuncie zwieść, że Ciebie już wśród nas nie ma. Nie dokończyliśmy wielu rozmów, nie dopiliśmy łąckiej śliwowicy, nie dokończyłem strojenia Twojego pianina.
Tak więc porzuć truposze ubranie. Wstań i idź!
Bo jakże może istnieć Tykocin bez Bohdanowiczów!?


sobota, 15 lutego 2014

KUKLIŃSKI Ryszard

Najbardziej prostacko powinienem napisać: ZDRADZIECKA SZMATA! 
Ale wciąż pojawiają się nowe odsłony. Tedy biorę na wstrzymanie i dopisać tu co nieco zamierzam.  Tymczasem jednak uznaję "pułkownika" Ryszarda Kuklińskiego za nikczemną postać w polskiej Historii. Albowiem zdrada jest rzeczą nie do wybaczenia.
Na pohybel mu!

Dopisane w dniu 17 listopada 2014:

Sporo sobie poczytałem, film "Jack Strong" obejrzałem i zamierzałem napisać sowicie ugruntowaną polemikę.
A tu zdarzył mi się tak szczęśliwy przypadek, który moje twórcze zamiary obrócił w Nicość.Tedy nie będę się z Nicością mierzył. Wystarczy, że zacytuję słowa historyka Sławomira Cenckiewicza:
"Pułkownik Kukliński przeszedł na Stronę Dobra!" (Duże litery to moja inwencja). Tak więc Cenckiewicz jasno określił, gdzie znajduje się Imperium Dobra. Bo to przecież wszyscy wiedzą, że Imperium Zła ulokowane jest w Rosji.
A i to mnie jeszcze zajmuje, jak taki historyczny myśliciel może z historyczną odpowiedzialnością wyprodukować taki bzdet! Aliści są i tacy, którzy w swojej adoracji przerabiają ścierkę na polski sztandar — ten kawałek materii z podobizną "jednego z najwybitniejszych Polaków w historii Polski" — i wymachują nim bez opamiętania, co może świadczyć, że na termometrze skończyła im się skala.

środa, 5 lutego 2014

PORĘBA Bohdan

Twórca "Hubala" drażnił mnie nieco swoim patriotycznym katolicyzmem, ale – z powodu Jego twórczości – nigdy nie odmawiałem mu prawa do takiego pojmowania polskości, chociaż te dwa pojęcia nawzajem się znoszą, tworząc złowieszcze miazmaty. I oto ten katolik jest po śmierci — jak i od "czasu odzyskania przez Polskę niepodległości" — przedmiotem zmowy milczenia zaordynowanej dla dobra polskiej kultury przez wszelakie redakcje, instytuty i Ministerstwo Zaprzaństwa Narodowego. Ale także przez organ rebe Rydzyka, czyli "Nasz Dziennik"!
Najwyraźniej polskość Bohdana Poręby nie była właściwej  miary  dla katolickiego kuglarza.

I tutaj musimy powrócić do chwili, w której Bohdan Poręba odszedł — wbrew sobie — do naszej narodowej martyrologii i braku czuwania, gdy Ojczyzna w potrzebie. Pożegnał go patriotyczny konował w naszym imieniu, który się właśnie zdrzemnął.

Śpij, Polsko!

piątek, 27 grudnia 2013

KISIELEWSKI Jerzy

Jeszcze jeden synek znanego tatusia, przyśrubowany do wyrzutni startowej tzw. III RP. Radiowy wyrobnik, czyli sprawozdawca treści prasowych, które potomkowie Polan mają coraz bardziej w rzyci. Mimo to celebruje swoje umysłowe skróty w ten sposób, że poranną mszę zaczyna zawsze od zreferowania tytułów w "Gazecie z Czerskiej". A ta gazetka ma, jak wiadomo, znikome poczucie humoru, bo jak się na kogoś zaweźmie, to delikwent taki nie ma już wyboru i musi zakończyć swoje życie w stanie wskazującym na spożycie. Mimo to mizdrzy się Kisielewski do swoich klientów w ten sposób, że nazywa się "wodą po Kisielu". To najzupełniej słuszne porównanie ja  jeszcze uzupełnię, albowiem mam się za człeka wielkodusznego.
Otóż wytwory umysłu Jerzego Kisielewskiego można również przyrównać do mączki kartoflanej, umysłowego klajstru albo krochmalu. A ta ostatnia ingrediencja służyła niegdyś do usztywniania białych kołnierzyków, które zawsze są ostoją wszelkiej władzy.
Naturalnie obok sutanny!
Czyż więc z jabłoni nie spadają zgniłe owoce?

czwartek, 19 grudnia 2013

ZACHWYT nocny

Wciąż — o każdej porze dnia i nocy, w każdej porze roku, mimo przyrodniczych kataklizmów — słyszymy o Stasiuku albo podobnych literatach dopuszczonych najzupełniej przecież bezinteresownie do mikrofonu. Wszakże nagłośnienie przekroczyło już dawno granicę słyszalności, więc dudni sobie bezradnie ta propagandowa tuba wiadomej proweniencji — coraz bardziej z siebie zadowolona. A tu, cichutko, pisze swoje teksty jakaś niewiasta, której nawet do głowy nie przyjdzie, żeby się z kimkolwiek ścigać i głos podnosić. Dzięki tedy koniom achałtekińskim — jako że jest to wynalazek Jacka Kobusa — popadłem w szczenięce zachwycenie. I to proszę przeczytać...

"Rano, gdy ciemno jeszcze, jadą pierwsi zulowcy. Zjeżdżają wąwozikiem od strony wsi i zagłębiają się w las. Widzę ich, gdy suną, po okrutnej dziurawej drodze, za domem Walków. W czarnej mgle kołyszą się między modrzewiami światełka.
Piękniście wyglądają te czerwone, więc stoję i patrzę. Stary Borkoś prowadzi konwój, bo tylko on ma światła w ciągniku. Na końcu jedzie jednooki zetor syna, a w środek wzięli całkiem nieoświetlony LKT. I tak se jadą. Na zrębie nie czekają  na świt i odpalają piły po ciemku. Spieszą się nie wiadomo do czego, jak jakieś głupki.
Idę do jeziora skrótem. Suche patyki się łamią, a świeżo opadłe gałązki sosnowe owijają się mi wokół butów. Idę do domu. Słyszę, jak Walkowie zamykają w komórce czarnego psa, który biega wolno w nocy i puszczają tego, co biega wolno w dzień."

I dalej znajdziecie Państwo te teksty tutaj:

www.na27stronie.blogspot.com

(dopisane 10 lipca 2015)
Noc jednak nie zawsze sprzyja twórczej wenie i jasności myśli. Tak więc moja nocna laurka, w zamierzeniu nieco na wyrost, ukazuje mi się dzisiaj jako poetyczna wydmuszka. Nie jestem aż tak okrutny, by nie umieć powiedzieć, że się myliłem. W literaturze i sztuce bezinteresowność myśli zdaje mi się wciąż wartością elementarną. Wszelakie chwasty potrafią się rozplenić pod postacią urzekających i odurzających ziół... I w tej manierze znikamy, bez prawa do pisania i dobrotliwego gaworzenia. Redaktorki w necie czuwają...
(dopisane 14lipca 2014)
Ten wieloznaczny tekst trudny jest do skomentowania. Tak czy siak Magdusia obiecala pisać i skreślać. A najlepiej pisać w stanie szczególnego ducha, bo atrament szybko wysycha, by złapać pogubione myśli. Tedy musimy się mieć na baczności, bo wszelakie przypadkowe zbóje czychają na nasze dziewictwo...

środa, 9 października 2013

KLEIBER Michał

Wobec profesora Michała Kleibera i Tereski Sukniewicz mam dług wdzięczności. I to taki wręcz niemożliwy do spłacenia. Dlatego jestem w trudnej sytuacji, skoro głos postanowiłem zabrać, albowiem Michał jest z takiej polskiej realitet, która jest mi najzupełniej obca.
A rzecz się sprowadza do zarzutu bywszego sekretarza i premiera, jakoby Michał nie odróżniał sensu od nonsensu. 
Kiedy więc dzisiaj Prezes PAN podejrzewany jest publicznie o brak elementarnej umiejętności kojarzenia myśli durnych i bezdurnych — choć w niedalekiej przeszłości w rządzie owego sekretarza taką cechę posiadał  — to mamy do czynienia z sugestią, że i premierzy znikającej Rzeczypospolitej mogą mieć poważne problemy z rozpoznaniem rzeczywistości.

Gdyby jednak Michał, specjalista w informatycznych grach i symulacjach, jeszcze i to zechciał po starej znajomości uczynić, aby mnie jakieś gnojki w Internecie nie prześladowały — gumując i "redagując" co się da... to i mój dług u Tereski i Michała mógłby nabrać jakiejś słowiańskiej, czyli bezinteresownej mocy. A zakneblowani w medialnym dwuszeregu literaccy internetowi fizjonomiści, mogliby nie tylko splendoru Rzplitej przysporzyć...

piątek, 20 września 2013

44

Prawie wszyscy pewnie wiedzą, jakie ta liczba ma konotacje w historii polskiej literatury. Ale ja otóż zetknąłem się z nią w ostatnich dniach tak dramatycznie, że do niczego jej przyrównać nie mogę jak tylko do cierpienia, którego doznają teraz jego rodzice.

Owóż mój sąsiad, Jarek, położył się spać i umarł. Miał zaledwie 44 lata.

"Dziękujmy Panu za Jego Miłosierdzie!" — prawił odurzony klecha podczas mszy.
— Miłosierdzie ludojada, karmionego wciąż przez jego posługaczy w śmiertelnych sukienkach.

STUDNIA polska

Studnia jest pojęciem, któremu w polszczyźnie przydano wiele kontekstów. Już z dawna obmyślam, jak uporać się z tym tematem. Tymczasem mogę tylko w ten sposób zaświadczyć, że zmagałem się ze studnią.

Otóż, przed laty, zacząłem sam kopać studnię w Bronnej Górze metodą tradycyjną, czyli w kręgach betonowych. Nie skorzystałem z porady radiestety, bo i sam mam takie właściwości. Tak czy siak, przestawiałem patyk kilka razy, bo mi wciąż coś uwierało. Ostatecznie zawierzyłem mojej intuicji.

Na dziesiątym kręgu ukazała się woda. Wtedy wziąłem kopacza od studni, bo trzeba było się ścigać z napływającą wodą. I tak wgłębiliśmy ostatni krąg.
I onże tak mi powiedział: 20 lat kopię studnie, ale jeszcze nie widziałem, żeby woda tak dawała...

Teraz mam dwa i pół kręga wody. Po długiej pracy pompa jest w stanie wybrać pół kręga. Dwa kręgi stoją jak zaklęte!

Mój daleki sąsiad zakopał 60 kręgów bez kropli wody. Kiedy zbadałem to miejsce, okazało się, że zaledwie osiem metrów dalej jest wodny ciek na małej głębokości.

A to wszystko napisałem dlatego, żeby powiedzieć:

Kopcie, Polanie, własne studnie!
Woda — nie Jahwe i jego kalkomanie na szkle — jest źródłem życia!



wtorek, 13 sierpnia 2013

SAMIZDAT

Pan Gerwazy należy do tych głupków, którzy samizdaty w PRL-u wspomagali. Ale przecież i dzisiaj internetowa twórczość z samizdatów się wywodzi. Czyli, jak mawiali Rosjanie w Rosji Radzieckiej: sam napisałeś, sam wydrukowałeś, sam przeczytałeś, i sam poszedłeś za tę twórczość siedzieć.

Dlatego z pewnym  pobłażaniem spoglądam na wielu internetowych autorów tak uległych wobec    statystyki, która dodaje im zapewne poczucia własnej wartości  —  tyle że w funcie kłaków wymiernej. Wprawdzie nie jest trudno samemu tę statystykę poprawić, ale te setki tysięcy czytelników i słuchaczy mają swój swoisty rozmach, któremu ja jakoś nie ufam, bo nie lubię życia w tłumie.

A więc tu moje teksty czyta zaledwie kilku rozumnych czytaczy — także niewiast — i kilku przygodnych wędrowców, co sobie cenię. Nie widzę więc potrzeby, aby nakład moich pism wirtualnie zwiększać. Ostatecznie ja sam jestem najważniejszym czytelnikiem!
Zwyczajnie samizdat.

poniedziałek, 8 lipca 2013

STAROŚĆ

Wszyscy wokół starzeją się gwałtownie, tylko nie ja. Ale, ażeby nie popaść w nadmierną euforię, dokonałem oceny stanu technicznego mojej facjaty. Owóż na mojej twarzowej tablicy brak jest zmarszczek czy uszów zajączka przy policzkach. Chociaż jestem już półwiecznym facetem, a zaledwie wczoraj byłem wartym grzechu młodzieńcem, to nic nie może przesłonić i tego faktu, że nawet do odzysku już się nie nadaję, bo tak nakazuje elementarna przyzwoitość. Aczkolwiek i w intymnym zakresie wydaję się być całkiem sprawny.
Poza tym, prawdopodobnie, intelektualnie przewyższam wielu trzydziestolatków o kilka długości. Dorobek też mam — chociaż na stan dzisiejszy trudny do oszacowania, albowiem jego wartość ciągle rośnie.
Czyż więc, mimo wszystko, nie mogę oczekiwać, że mnie jakaś panna albo rozwódka albo mężatka bezinteresownie pokocha? A najlepiej wszystkie naraz! Bo czyż prawne i mentalne usankcjonowanie wielożeństwa nie jest tym właściwym antidotum na zapaść demograficzną Polski?
Oferty tedy proszę składać i na lepsze propozycje nie czekać!


Bachus

niedziela, 19 maja 2013

JUSZKA

Dzisiaj odeszła nasza cudowna suńka, nasz jamnior Juszka. Była z nami ponad dziesięć lat. Jeszcze rankiem, jak co dzień, próbowała pojąć naturę wody w stawiku. Teraz leży obok mnie na kanapce przykryta swoim kocykiem.
Widomy to znak, że i mnie samemu trzeba się szykować.
Pozostawię ten żałosny padół bez żalu, aczkolwiek— chwilami— tak piękny.
Tedy z Juszeńką się nie żegnam.

piątek, 17 maja 2013

KLESZCZYCA

Od zawsze były ze mną Zwierzęta: psy, koty, papużki, gołębie, kuny, jaskółki, jastrzębie, wiewiórki nasze i syberyjskie, i konie naturalnie. Jeszcze przed dwudziestu laty kleszcze były co najwyżej tak dokuczliwe jak pchły. Dzisiaj stały się śmiertelnym  zagrożeniem także dla ludzi. (Może to jest ten najbardziej skuteczny środek na depopulację)? Kiedy więc słucham kolejnego odmóżdżonego katola, który swoją aktywność w obronie Ojczyzny widzi w modlitwie, to tylko ta choroba wydaje mi się adekwatnym opisem jego stanu świadomości.

Kleszczyca — czyli katolicyzm!

czwartek, 9 maja 2013

HAMANEJA

Wioska nad jeziorem Wigry. Nazwę tę nadali jej w miarę zasobni przedwojenni suwalscy Żydzi, którzy swoich chazarskich pobratymców mieli w głębokiej pogardzie. Wprawdzie nie wszyscy tubylcy przybyli tu z Chazarii, ale właśnie ów gen chazarski okazał się dominujący — jako że łyżka dziegciu popsuje beczkę miodu.
Jednakże nikt już nie wiedział, co znaczy owa Hamaneja.
I trzeba było trafu, że pan Gerwazy znalazł się w Bawarii. I tam po szwabsku "hama net" (fonetycznie) przekłada się na: "nie mam nic!"
Suwalskim Żydom chodziło zapewne o dobra materialne. Mnie zdaje się konieczne dopisanie umysłowych zasług.

Kwas solny tej ziemi!

wtorek, 30 kwietnia 2013

LETNIK

Zmora polska. Palant zwykle i człek pozbawiony elementarnego poczucia odpowiedzialności za Polskę. Raz w roku albo od święta chce zobaczyć nieskalaną jeszcze przez siebie przyrodę. W poczuciu misji zostawia więc po sobie  śmiecie i własne odchody. Co bardziej zasiedziali budują sławojki na torfowym brzegu jeziora — bo tam wszystko wsiąknie — i zostawiają  swoje przyczepy campingowe jako element pejzażu — bo te były kiedyś na kołach, a więc administracja dopuści.
A jak się letnikowi zachce pomostu, to przywiezie stalową konstrukcję trakcji elektrycznej i wrzuci to do jeziora. Zaraz potem zbuduje za sobą sraczyk na swoje umysłowe gnioty.

I  tak w szczynach, umysłowej czkawce i pijackich westchnieniach tonie Polska.

czwartek, 18 kwietnia 2013

WIEŚ

Oprócz tych słomianych stodół w Nieszawce i Rudaku nad Wisłą koło Torunia, prócz tej bagiennej rzeczki, gdzie budowałem moją pierwszą tratwę do oceanicznej podróży, prócz tych moich tak wielu wiejskich zachwyceń — to jeszcze zostało: wykute brony i pługi pokryte mchem, i ten piasek na kołach dwukółki Iwana Bunina.

czwartek, 11 kwietnia 2013

LUSTRO

Od pewnego czasu przestałem się spotykać z samym sobą w lustrze. Bo to grymas nijaki, albo brew siwiejąca, albo poczwara na mnie jakaś patrzy.
Pogrążam się tedy w zbutwiałych kartach ksiąg, gdzie zwykle tkwią zadymione zwierciadła, które jest trudno opisać. Albowiem tylko takie zwierciadła nie szukają w sobie mojego odbicia.
Tedy przechodzę ukradkiem na drugą stronę. TAM niechybnie czeka na mnie Polska!