niedziela, 13 maja 2012

KAT w niebiańskiej masce

Katolicy wciąż się chełpią, że stanowią ponad 95 procent ludności Polski. Logicznym więc będzie wniosek, że to właśnie katolicy są odpowiedzialni za doprowadzenie Polski do obecnego stanu. Mimo to chcą pod zawołaniem: "aby Bóg czuwał nad Ojczyzną" – znowu to dzieło własnego zaniechania i bezmyślności na sztandary wynieść i Ojczyznę naprawiać. Kiedy więc Polskę chce ratować taka Błękitna Armia, to przyjmuję tę zapowiedź jako znak złowieszczy.

Kiedy zaś krwiożerczy Polacy z Jedwabnego starali się w sadzawce przez dwie godziny odpiłować Ryfce głowę, nie mogli przypuszczać, że ta z takim trudem odpiłowana głowa będzie nadal żyła na polskim korpusie w patriotycznej i katolickiej wersji.
Ostatecznie nowe godło jest już gotowe!

środa, 2 maja 2012

MATKA Boska

Gipsowa, szklana, blaszana, plastikowa, papierowa, cementowa, drewniana, tekturowa lub szmaciana — narzucona Polanom przemocą — atrapa naszej świętej słowiańskiej wiary i obyczaju. Bolejąca wciąż nad swym niby ukrzyżowanym synem, ale i nie mająca dla innych litości. Roznosząca śmierć w odwecie, a więc bezlitosna. Dziewica zapłodniona żydowskim Plemnikiem Świętym, a więc atomem rozkładu każdej materii.
Fanatycznie sprokurowane Nieszczęście Polskie!

Dzisiaj, na użytek pospólstwa, wystarczy nawet wizerunek Matki Boskiej Stankiewicz!

sobota, 21 kwietnia 2012

AUTOCENZURA

Ten postulat oświeconego dziennikarstwa i pełzającej w jego cieniu subtelnej propagandy — nader jest wciąż żywotny. Ot, tak delikatnie, dajemy taki znak, ażeby dla dobra i szczęśliwości ludu — który ma naszą troskę najprzystojniej we własnym tyłku — i co jakiś czas gotów nam urządzić jakąś masakrę pod portretem Jakuba Szeli — powściągnąć nasz trud poszukiwania odpowiednich dla opisania sytuacji słów. Czyli mamy się wyrzec nie tylko własnej Duszy, ale i każdy ruch pióra na papierze ma być poddany szczególnym regulacjom. I to my sami mamy być własnymi nadzorcami.

Tak więc zawsze w dziejach, a szczególnie po każdym odnowicielskim przełomie, zawiązuje się towarzystwo wzajemnej adoracji, gdzie ich rzecznikiem jest jakiś przydupas, który naturalnie dla dobra polskiej literatury będzie nas kulturalnie namawiał na ratowanie naszego sumienia. I tu zacznie się niechybnie rozwodzić nad korzyściami, które naszej zniewolonej Duszy szczęśliwość niebiańską zapewnią. I, przy okazji, uchronią tubylczą ludność i wiarę naszą chrześcijańską przed unicestwieniem. Na końcu zaś takiego wystąpienia zmieści się jeszcze delikatna sugestia, że nasz upór może nam przynieść tylko o nas zapomnienie.

I tu złowrogi krzyż się ukazuje i płonąca gwiazda — bo pod takim znakiem znowu walą w piekielne kotły i bębny nasi dobroduszni, ożywieni jedynie katolickim duchem, rzekomi słowiańscy bracia.

sobota, 14 kwietnia 2012

HARTWIG Julia

Z panią Julią jechałem kiedyś moim zielonym wehikułem do Nieborowa. I, tak po drodze, opowiadałem jej o moim spotkaniu z Zarządcą od Poezji na ulicy Wiejskiej w Warszawie, gdzie u biurka w "Twórczości" wydawał poetyckie koncesje sam motocyklista  Ziemowit Fedecki. Pani Julia w milczeniu wysłuchała mojej wspomnieniowej tyrady. I nawet mój wierszyk o Kazimierzu nad Wisłą, gdzie jej brat fotografik Edward Hartwig miał także swój udział, pozostawiła bez odpowiedzi. Na zakończenie opisałem w oszczędnych szczegółach mój rejs Wisłą z Warszawy do Kazimierza na wybudowanej przeze mnie łodzi żaglowej, gdzie towarzyszyły mi dwie książki: "W cieniu rozkwitających dziewcząt " — Marcelego Prousta i "Apollinaire" — Julii Hartwig. Także ten wątek pani Julia zbyła milczeniem.
Potem wszakże starała się jednak rozmawiać z moją Zbroją, ale na żadne pytanie także nie uzyskała odpowiedzi.

Dlatego, co nikczemnie suponuję,  nie są Poeci godni bezinteresownej uwagi ani pamięci.

piątek, 6 kwietnia 2012

JESZUA

Żydowski bożek naszej marności. Nie umarł na krzyżu, dzięki bogu, bowiem nie został opuszczony przez przyjaciela. A jeśli nie umarł w tak przebiegły sposób, to i bajdy o jego zmartwychwstaniu  tyleż znaczą.
Potem Duch go na tyle opuścił, że zamienił się w ukrzyżowaną figurkę, nadzorującą życie doczesne innych rekwizytów.
W tym oto magazynie trwa wciąż przez stulecia biurokratyczna inwentaryzacja!

JELEŃ

Spotkać się z Jeleniem oko w oko, to musi być niebywała nasza zasługa, którą i Jeleń zaakceptować powinien. Zwierz to baśniowy, zawsze żyjący w puszczańskim Ustroniu, jako i Błotniak. Aliści nie dla wszystkich jest ta gadka, albowiem mordując Jelenia możemy nieco blichtru sobie na twarz nałożyć, który to makijaż pozwoli nam na twórcze uczestniczenie w życiu artystycznym i duchowym.

Tak więc wspominam hałaśliwie promowanego przedstawiciela sztuki żydowskiej w Polsce, artystę A.S., który dla dziennikarza Jelenia zamordować raczył, coby się na Jego martwym ciele sfotografować dla splendoru własnego. Ot, dziennikarz miał przyjechać rankiem, kiedy jelenie spragnione są. Wystarczyło pociągnąć za spust. I zdjęcie dla gazety było gotowe.

Niedawno przyszedł Jeleń do Bronnej Góry. Tuż za bramą wykopał sobie jamkę w śniegu i ufnie zasnął. 
Jakże zostałem obdarowany!

Bo tylko Wierzątka są zdolne do takiej wspaniałomyślności!

piątek, 30 marca 2012

BORSUK

Szedłem dzisiaj przez Puszczę i nagle ziemia się zatrzęsła. Na wprost mnie galopował dorodny Borsuk. Stanąłem, aby nie przyprawiać go o palpitację serca związaną ze spotkania z ludzką Bestią, ale on zatrzymał się pięć metrów przede mną, wysikał się w spokoju i pognał w puszczańską gęstwinę. A tuż za nim nadbiegł drugi Borsuk, wysikał się w tym samym miejscu i pobiegł jego śladem. I w ten sposób stałem się świadkiem borsuczej namiętności.

Aliści przypomniał mi się inny Borsuk, umierający na asfalcie w mojej obecności.

Otóż nocą wyprzedził mnie jakiś wracający z dyskoteki samochód, czyli z prędkością nadmierną. I zaraz zobaczyłem w światłach reflektorów zaledwie poruszający sią przedmiot na szosie. Zatrzymałem się tuż przed nim. Przede mną leżał oddychający spazmatycznie Borsuk.

Tymczasem do grona obserwatorów dołączyła także załoga tego samochodu, który Borsuka przejechał. Wszyscy byli zakłopotani. Bo Borsuk — niestety — żył jeszcze. Ale, wiadomo, koszty weterynaryjnej opieki wysokie są, i nikt nie kwapił się z pomocą. Tak więc sprawcy wypadku szybko się oddalili.

I oto pozostałem ja sam na szosie z potrzebującym pomocy Borsukiem. I zacząłem sobie także przemyśliwać nad kosztami i obowiązkami. Przecież Borsuk nie ma szans, i wystarczy, że go tutaj godnie pochowam.
I wtedy otwarło się na mnie oko Borsuka z tak bolesną wiedzą!

Borsuk — nasze sumienie!

poniedziałek, 26 marca 2012

KUNCEWICZOWA Maria

Miłość moja literacka. Ale dopiero na kazimierskim cmentarzu przytuliłem Jej Grób!
Bo Ona przecież zawsze kochała tylko Jerzego Kuncewicza, który tylko starał się sprostać Jej Zamieraniu. 
On sam, tak spolegliwy dla tej miłości!
Kiedy umarł, pisała do niego tak piękne listy, że i on nie mógł uwierzyć nigdy w swoją śmierć.

Maria!
Czyli Czułość!
Jak Wisły tchnienie...

sobota, 10 marca 2012

PUTIN Władimir

Pan Gerwazy wprawdzie zauważył, że Rasputin i drugi raz Putin, to zupełnie różne osoby, ale w scenariuszu budowania w Polszcze z takim zapamiętaniem złej legendy Władimira Putina jako zbrodniczego czekisty, brakuje miejsca na słowiańską Obecność!

I otóż nie będę się wypierał, że sprzyjam Rosji. Sprzyjam moim sercem i moją wiedzą kaleką. Sprzyjam, bo w polskiej Ziemi pozostaną moje prochy. Sprzyjam, bo taką mam fantazję!

Towariszcz pałkownik Putin! Dawaj!

REMUSZKO Stanisław

Taki Remuszko to prawdziwy Tytan! Siedzi sobie w domu na Ursynowie i ma mnie w pogardzie, bo moja wulkaniczna natura kojarzy mu się z Winnetou! Ale u Remuszki nie masz zmiłowania dla nikogo. Bo Remuszce wystarczy kot wspinający się na rozporek Adasia. I w takich tekstyliach żyje sobie po dziś dzień prześladowany okrutnie za komuny Michnik, który wstydzi się nazwiska swego ojca. I poniekąd słusznie: też bym nie chciał się nazywać podobnie!
Ale Remuszko nikomu nie zamierza odpuścić i zapisuje wszystko w naszej osobistej książeczce musztry.

niedziela, 4 marca 2012

ULICKI-REK Jerzy

Australijski specjalista od budowania komór gazowych na ziemiach dawnej Polski, która uczestnictwa w tym procederze się wypiera. Tak mu się jednak własne mózgowe meklemburskie półkule zagazowały, że nieboraczek lubi polemizować tylko z takimi tekstami, które uprzednio skrzętnie usunie. Posługuje się przy tym bez żenady powstańczą kotwicą, bo przepada za towarem reglamentowanym. Ostatecznie — brak jest innych doniesień.

Produkt pustynnej Dziewanny sklonowanej z Aborygena.

P.S.
Owóż dnia 17 kwietnia roku 2012, we wtorek, bohater tej laurki ogłosił wszem i wobec treść swojego nowego ogłoszenia, cyt: "Błotne abecadło" czyli smród z żydowskiego bagna. Pod tym tytułem, już mniejszymi literami, dodał, cyt: ..."Błotne abecadło", którego tytuł oddaje w pełni zawarte w nim treści.
Ha, a ja już kilka razy zachęcałem niezadowolone i jak widać dość próżne postacie literackie, aby zechciały piórem sprostać mojemu wyzwaniu i ja ten protest pod moją laurką opublikuję. Jakoś nikt nie skorzystał z mojej oferty. A ten chce mi przyłożyć strzelając do mnie zmokniętym kapiszonem...
Oj, biada mi, biada!

piątek, 2 marca 2012

KURY

"Kury wam szczać prowadzać, a nie politykę robić" — zagajał piernikowy wskrzesiciel Polski! I zasypiał zaraz na jakiejś kanapce snem sprawiedliwym, gdy karta w pasjansie odkryć mu nie mogła zawiłych planów bitewnych. A... to armaty chyba grają, czyli jesteśmy w grze... mamrotał do siebie wielki Wódz!

I co nam zostało z tych lat?
Ano ten żołdacki drylik, ten wąsik, ten pląsik, te ćwierć myśli na cholewie, ten Piątej Klepki Teatrzyk , słowotok zbawienny, szabelki czar; te epolety, te bzdety, onuce rwane na sztandary... Kozietulski w Afganistanie, Olbrychski jako mumia Wodza na planie  i szeregowy inwalida wojenny na łasce ZUS!

"W Polsce  naród musi złapać za widły, cepy, pały i powrozy" — powiada dzisiejszy wyznawca Wodza. 
I wyrżnąć się nawzajem doszczętnie i bezmyślnie — dopowiada pan Gerwazy.

Kury to, zaiste, mądre ptaki. Nawet na szczanie dają się wyprowadzać.

wtorek, 21 lutego 2012

J.S.

Dawny, prawie już pradawny mój Przyjaciel — aczkolwiek niezbyt skłonny do artystycznych manifestacji.  To wszakże staram się zrozumieć. Ostatecznie w Polskim Radiu tylko Ptasie Radio nie powinno mieć zagwarantowanej swobody ćwierkania.
Aliści S. postanowił trwać w takim żelaznym uścisku, w którym nie tylko mowa radiowa zanika. I tutaj mam S. na widelcu.
Otóż mój wuj Franciszek woził prezydenta Starzyńskiego na owe słynne przemówienia do Polskiego Radia, gdy wokół płonęła Warszawa. I wśród tych moich z Franciszkiem pogaduszek przyobiecałem Franciszkowi, że Jego pełne swady relacje z tamtych dni będą zapisane w radiowym archiwum. Zaraz też zadzwoniłem do S., który ważnym był w Polskim Radiu dyrektorem.  S. obiecał przysłać reportera dla zapisania tego skrawka naszej polskiej bolesnej Historii. Tedy wuj Franciszek czekał cierpliwie i ...nigdy się nie doczekał, zabierając do grobu obrazy siedzącego na tylnym siedzeniu Prezydenta walczącej Warszawy. I to teraz jeno trwa tylko,  co w mojej ułomnej pamięci.
No, bo i po cóż Polanom Ptasie Radio?
Mimo to uzdrowiłem S. raz jeden, gdy w boleści spoczywał, wyciągając mu z głowy ścinki butwiejącej materii. Dlatego wiem.

sobota, 18 lutego 2012

KAMIEŃ



 

Ten kamień długo wydobywałem z ziemi. Jego kamienne cielsko waży dobrze ponad tonę. Przechodziłem koło niego tysiące razy, ale zawsze nie wydawał mi się godny uwagi. Jakiś tam kamyk zaledwie, po którego nie warto się schylić. I wreszcie pochyliłem się nad nim, bo potrzebny był mi głaz na ścianę Domu. Ażeby go wydobyć, wykopałem dół. Potem, przy pomocy desek i drągów, mając w pamięci prace moich słowiańskich Przodków, centymetr po centymetrze, wydobywałem go na powierzchnię. W tym samym czasie inni zapełniali skutecznie miejsce w moim nieistnieniu. Kamień, przecież,  jakże jest cierpliwy!

sobota, 21 stycznia 2012

STRZAŁKA


Kiedy pierwszy raz zobaczyłem Strzałkę, stała na metrowej kupie obornika w doklejonej do stodoły przybudówce. Ażeby tam wejść, musiała ugiąć przednie nogi i nieledwie się tam wczołgać na tak posłane legowisko: brudna, wybiedzona, z płatami zaschniętej słomianej uryny na zimowej jeszcze sierści.  I jakże osamotniona!
Nie tak miał wyglądać mój wyśniony koń! Ten mój Konik Garbusek!
Tuż obok szumiało wielkie polskie jezioro i w zwęglonych próchnach trwały jeszcze krzywe niemieckie groby. Kiedy po kilku tygodniach mojej troski zapytałem po raz wtóry właściciela o cenę — usłyszałem szokującą sumę. To już przecież aż nadto było oczywiste, że Strzałki przerobić się dla mnie na pieniądze nie da.
Tedy w pokorze poszedłem do stodoły, gdzie obok Strzałki pomieszkiwałem, i ze swego plecaka wydobyłem pokaźny zwitek banknotów z orłem bez korony i wizerunkiem górnika. Były to moje beneficja za katorżniczą robotę przy wyładowywaniu wagonów kolejowych, gdzie ponad rok mojego durnego żywota zostawiłem, ażeby mój sen dziecięcy o koniu w rzeczywistość przekuć. I oto, lekką rękę, utytułowany Artysta PRL-u wszystko to mi odebrał, ofiarując mi w zamian zabiedzoną klaczkę, którą dostał był od rzeźbiarki Anny Dębskiej. A ta niewiasta, przecież, znana była ze swojej bezinteresownej miłości do koni! No, i jeszcze Leonida Teligę, naszego pierwszego po Conradzie żeglarza, skutecznie zniewoliła — i tenże musiał taką niewieścią troskliwość na oceanach odreagować. I zaraz potem umarł z  tak troskliwej udręki.
Taki opis, naturalnie, to jest moja wyuzdana swawola, ale i takie obrazki wypada po latach tylko sepią malować.

Tak więc pływałem ze Strzałką w jeziorze, budowałem dla niej daszek na paśniku, karmiłem, czyściłem, o kopytka dbałem. I Strzałka coraz bardziej mnie nie odstępowała, kładłąc się na trawie obok mojej  budowli. I ja wtulałem sią w jej pierś, i tak zasypialiśmy czasem w cieniu dni skwarnych. Aż przyszedł czas i na nas. Założyłem na Strzałkę moje austriackie oficerskie siodło, do plecaka wsypałem owies, zaprowiantowałem siebie kawałkiem chleba z puszką soku pomidorowego, i wyruszyliśmy ku naszemu Przeznaczeniu.


poniedziałek, 16 stycznia 2012

PŁATEK Cezary

Chociaż nie możemy  być pewni, w jaki sposob pochyli się nad nami Opatrzność, to wszakże  oczekiwanie na jej uwagę, może nas wprowadzić w stan sekretnej konfuzji. A ta sprzyja budowaniu bytów pozornych, których nie umiemy sobie trwale wyliterować.
I tu nam w sukurs przychodzi noc jesienna, gdzie spotykamy akurat Cezarego Płatka!
Cezary otóż, to jest jegomość, którego Niebiosa wysłały, gdy pan Gerwazy był w potrzebie, bo mu sprzęgło w Kukuruźniku wysiadło. Cezary to jest taki Gość, na którego przy wigilijnym polskim stole  zawsze oczekuje wolne miejsce. Onże trzyma straż przy prasłowiańskim pogańskim dębie. Choć inaczej zapewne to nazywa.

TRUPAKI polskiej sceny

Oto bufetowy Rekwizytor ogłosił upadek teatralnego bufetu. Ot, tak, nagle, sobie bufecik zamknął, nie zważając na klientelę. Bezceremonialnie zniweczył też cały umysłowy dorobek tej placówki zbiorowego żywienia, gdzie upasło się trochę karaluchów i innych świętojańskich robaczków.

Po likwidacji bezceremonialnej – bo przecież Belzebub ma niezniszczalne poczucie własnej wartości – czyli holokauście bufetowej teatralnej publiczności – ogłoszono na nowym internetowym forum (e.teatr.net) zaciąg do nowej i nieskazitelnej teatralnej trupy. Wprawdzie trupa wciąż usiłuje się wyrzucić z szafy, bowiem mumia też potrafi nawet wypić całą formalinę, ale patrząc na łysy łeb konferansjera Nowaka – współczuję jego preparatorom.
Bo to chłopisko tłuste i jeszcze za życia żywiące się makulaturą. Niestety, nie mogłem nasycić swoich zdeprawowanych zmysłów do woli, bowiem trup Nowaka zniknął za kulisami. Mimo to jego łysy łeb świeci mi jak latarnia morska na scenie polskiego teatru.

Oto w samej bieliźnie, ukazując sutki, penisy i łonowe wzgórki, aktorzy obnażają niewinność swoich cuchnących potem ciał. – W ten właśnie sposób, ściągając śmiertelną koszulę w ostatnim akcie, ma umrzeć Rzeczpospolita.

Trupaki!!
Do odegrania tej sceny wystarczy zwykła sala gimnastyczna!

9 grudnia 2009

wtorek, 10 stycznia 2012

RODZIEWICZ Juliusz

Jechałem kiedyś o zmroku swoim zielonym wehikułem przez Puszczę i samotnego Wędrowca napotkałem. Do osady najbliższej daleko było, drogi i dukty kręte a przepastne. Tedy uprzejmie się zatrzymałem, aby łaskawości swojej dać  upust.
Tak i gestem szerokim zapraszam mrocznego jegomościa — a tu gramoli mi się na siedzenie człek postury słusznej, i mamrocze mi w dziękczynnym geście swoje nazwisko, którego rozwikłać w puszczańskiej ciszy nie umiem. Jedziemy sobie dalej przez leśne wądoły, a do mnie wreszcie dociera to brzmienie. Więc sobie tak z głupia frant pytam:
 —  A nie jest pan czasem rodziną Marii Rodziewiczówny?
A onże mi odpowiada.
 — Tak, to moja prababka!
Zielony wehikuł sam się zatrzymał obok prastarej sosny, i z mojego ściśniętego gardła dał się słyszeć szept ściśnięty:
 —  A czy pan wie, jaka książka znajduje się za moją głową?
I sięgnąłem po "Lato leśnych ludzi".

Takie dziwy w Puszczy spotkać można, jeśli, Drogi Wędrowcze, zabłąkać się w Puszczy o zmroku raczysz. Bo przecież baśnie, bajki i inne ambaje — częścią są naszego żywota.

wtorek, 27 grudnia 2011

VILKE


Vilke umarła nam dwa dni przed Wigilią. Całą noc walczyliśmy o jej życie nie bacząc na koszty. Rankiem przyszedł czas na decyzję najtrudniejszą. Vilke zasnęła w naszych objęciach.
Wykopałem jej grób nad łąkami na Szlaku Orlich Gniazd.

Vilke – wilczyca znajdka porzucona w chorobie i starości.
Była z nami dwa lata i cztery miesiące.



wtorek, 22 listopada 2011

ODSADEK

Wieść takowa w świat już dawno poszła, że pan Gerwazy odsadka szuka, coby  godnie przed oblicze Pana zajechać, kiedy czas ku temu przyjdzie. Szkopuł jednak w takim tkwi szczególe, że sobie Gerwazy wymyślił odsadka achałtekińskiego, a ten łąk Rzplitej jakoś szczególnie nie umiłował – i daleko trzeba szukać.
Odsadek to takie dziecko, co od klaczy może się oddalić i na własną grzywę wiatr od łąk nadwiślańskich, nadburzańskich – i tych Łąk Niebieskich –  przyjąć. Odsadek – niby jeszcze źrebię, ale zaraz zaczną się odwracać sarmackie stronice.

sobota, 19 listopada 2011

POLNISCHE Metzgerei

Rzeczywistość, jak to zwykle, bogatsza jest aniżeli artystyczna fikcja. Cała finezja słowotwórcza pada oto na pysk przed mistycznym okiem, mrugającym do nas a to z komnaty prezydenta, a to z giełdy, a to z telavizji publicznej, a to z gabinetu kolejnego premiera, a to z banków — w których pożyczamy od siebie na dobry procent swoje pieniądze — a to z licznych fundacji, pism i wydawnictw... Wszystko to jest darem samych Niebios, gdzie u tronu raczy sobie spoczywać sam Zbawiciel.

Kiedy więc przyjeżdża rabin Metzger do swojej Metzgerei, czyli w przekładzie na język polski — Rzeźnik do swojej Rzeźni — gdzie rezacy dorzynają stado ogłupiałych polskich baranów — to jedyną naszą troską jest, aby mięso z tego uboju otrzymało certyfikat koszerności, bowiem dochód może być wyższy.
Dlatego do prac administracyjnych zatrudniliśmy tubylczych wykształconych idiotów!

piątek, 18 listopada 2011

DEFINICJA

Niepostrzeżenie uległa zmianie definicja dóbr polskiej kultury. Co bardziej spostrzegawczy Polanie mogli się o tym przekonać przy okazji oskarżenia izraelskiego małżeństwa o kradzież "dóbr o szczególnym znaczeniu dla kultury" z terenu obozu w Auschwitz. Oto 60-letni pułkownik rezerwy  izraelskiej armii Moti Posloszny z żoną – przywłaszczyli sobie 9 (dziewięć) starych przedmiotów.
Były to: łyżeczki, nożyczki, noże i porcelanowe korki do butelek. Polska opinia publiczna oczekuje teraz na epokowy akt ekstradycji izraelskich barbarzyńców.
Pan Gerwazy jednak – jako osobnik trwale umysłowo ograniczony – ogłasza wobec tej  zadymy swoje prywatne votum separatum.

środa, 16 listopada 2011

KOWAL

Zimne kucie żaby daje się słyszeć szczególnie wtedy, kiedy życie narodu objawia się w nagłej egzaltacji. Rośnie nam wówczas drugi i trzeci rząd charyzmatycznych przywódców stada, pozostający dotąd w odwodzie. Można nawet domniemywać, że rzędy te znajdują się obecnie w stanie szczególnego ożywienia umysłów i sumień, a nawet w pozycji cierpiącej duszy, co jakoby jest warunkiem opuszczenia czyśćca.

Nie wiem, z którego rzędu wyskakuje wciąż kukiełka eurodeputowanego PiS Pawła Kowala, ale ten złotousty, tak jakoś szczególnie wygładzony w mowie mąż stanu, ma od lat, mimo stosunkowo młodego wieku, tzw. dobrą prasę. Widać jakieś szczególnie tajemnicze cechy charakteru i zalety lotnego umysłu pozwalają przypadkiem utrzymywać go w gotowości do zajęcia miejsca w pierwszym rzędzie, albo nawet w loży! Ja jednak nieufnie patrzę na tę gadającą głowę, która dopiero  odpowiednio przykryta  nabiera właściwego wyrazu, co nieodzownym jest grymasem w katalogu  gestów świadczących o politycznej klasie i wyczuciu rzeczywistości.
Wykuwa więc Kowal sobie – i nam na pożytek – zbiorowe sumienie Polan odwołując się do psalmistów. Wygłasza też w razie potrzeby apele do tubylczej polańskiej ludności o zaniechanie gniewu, który, co tu dużo kryć, coraz wyraźniej daje się zauważyć. Mają oto Polanie znów wybaczyć swoim prześladowcom, mają zrezygnować z mało estetycznych przedstawień, w rodzaju  wieszania  zdrajców na szubienicach i wbijania na pal, nie mówiąc już o infamii...

"Kto mówi, że decyzja o pochówku prezydenta Lecha Kaczyńskiego na Wawelu jest pochopna, znajduje się w stresie" - obwieścił z zapamiętaniem.

Mówią tedy nie bez przyczyny już od dawna, że w pewnych okolicznościach podkuć można nawet żabę.

14 kwietnia 2010

piątek, 11 listopada 2011

NIEPODLEGŁOŚĆ

Zawsze jest związana z formą podległości: jak nam obcy okupant ustępuje, to zaraz wybieramy sobie własne okupacyjne władze — czy to w formie bezdusznej administracji, czy w formie policyjnych oddziałów do walki z "radykalnym narodowym terroryzmem". Jako że usprawnienia w zakresie ochrony nas przed nami samymi są coraz bardziej wyrafinowane, już my sami też troszczymy się należycie o wyzbycie się wszelkich form narodowej wspólnoty. Tak więc wydzieramy sobie piastowskiego orła z piersi — i wkładamy w to miejsce dobrze wypieczonego kurczaka od macdonalda z frytkami.

Toć już przystoi rycerzom Rzplitej po paradzie w dniu 11 listopada oddawać swoje konie do rzeźni! Polska kawaleria przecież kurczakami stała... i stać powinna. Dlatego zamieniliśmy armię ołowianych polskich żołnierzyków na oddziały płatnych najemników. To już tylko godni pogardy cywile uczestniczą  w Marszu Niepodległości!
Jeśli nawet Myśl pozostaje maruderem!



HEBRON

Pod murami Hebronu żołnierze izraelscy zastrzelili rabina Dana Mertzbacha. Zmierzał on do Groty Patriarchów w Hebronie, gdzie jakoby pochowany jest sam Abraham.

Andrzej Stasiuk stoi teraz przed dylematem. Bowiem ostatni rozdział jego książki — został dopisany bez jego udziału.

poniedziałek, 31 października 2011

SIBELIUS Jean

Mój Ojciec przybrany ukochał Finlandię. Prezydent Kekkonen odznaczył go nawet takim sentymentalnym fińskim symbolem. Ale i we mnie, zupełnie bezwiednie, bije do dzisiaj to północne serce. A więc, obok  Griega, mocarny jawi się Sibelius — szwedzkiej proweniencji — który natchnął  i obudził Ducha Fińskiego!

A przecież cała muzyka Sibeliusa powstała w jego jeszcze młodych latach. Potem cały naród  fiński czekał na Sibeliusa nutki. Policja zamknęła ulicę i czuwała, aby nikt nie zakłócał twórczego spokoju Wieszcza. A on siedział nad pustymi nutowymi zeszytami i pił...

To jest też jakaś wskazówka!  Także dla Polan!

Bowiem — pić czy nie pić, bić się czy nie bić, pisać czy milczeć...

A przecież tak wiele można powiedzieć w jednym takcie, albo jednej frazie...

Na końcu literek pozostaje jednak  Czyn!  Rzecz cała, aby literkom i nutkom sprostać!
Wtedy każda Ojczyzna będzie wolna!


piątek, 28 października 2011

GŁOGOCZOWSKI Marek

Zaledwie miesiąc minął, jak — szczęśliwym trafem — wpadłem w dżungli Internetu na teksty Marka Głogoczowskiego, doktora od wielu polskich chorób, taternika i himalaisty, ale przede wszystkim samotnego wędrowca wśród nikczemności i piękna tego świata. To spotkanie, które tak wyraźnie zaprzecza mojej samotności, CUDEM jest i w takowej konwencji obwieszczam go światu, chociaż Autor, i owszem, pisywał w samej "Trybunie Ludu" — wprawdzie tylko u końca jej żywota.  Kiedy powstała na jej zwłokach wolnościowa jak najbardziej "Trybuna" — nie było już w niej miejsca na jego teksty. To wskazówka jest dla tych, którzy mumiami są już tu i teraz. Ale i mumie mają zagwarantowaną wolność słowa w każdym demo-kratycznym landzie.

Wchodzimy tedy na Górę!
Drżyjcie Moce!

wtorek, 25 października 2011

BOHATER Naszych Czasów

Mamy wreszcie Bohatera Naszych Czasów. Żyje sobie ten nasz topielec szczęśliwie wśród wodorostów mulistego dna, gdzie widoczność jest zerowa, i majestatycznym swym wdziękiem, sumiastym wąsem, zetlałym kontuszem, ogolonym łbem, szabliskiem używanym do siekania buraków, tytułem podsędka szpanuje, powagą męża stanu zahipnotyzować pospólstwo się stara, minę mędrca nieudolnie podrabia.
Opisywać świat topielców i topielic nie wydaje mi się zajęciem pociągającym ani pożytecznym. Gdy tak wielu tak dogłębnie publicznie wydaje z siebie jakieś piski i retoryczne pierdnięcia, wydzielane przez otwór gębowy w heroicznej chęci wyartykułowania swych dogłębnych myśli — milczenie zdaje się jedyną cnotą.

W takiej scenerii jest już dziecinnie łatwo doprowadzić życie publiczne do stanu permanentnego paroksyzmu — gdy w jego oparach chochoły znoszą Rzplitą skrupulatnie ze sceny.