czwartek, 24 sierpnia 2017

PRZESMYK suwalski

Przygotowania wojenne idą pełną parą. Nie dość było Suwałkom nowej strategicznej drogi do Sejn dla czołgów i innego żelastwa, to jeszcze autochtoni cieszą się na budowę lotniska, zaś prezydent Suwałk coś mamrocze o  zwiększeniu w ten sposób turystycznej atrakcyjności Suwalszczyzny. Odpowiednia umowa została właśnie podpisana przez włodarza Suwałk z meblarską firmą "Forte". Skąd ta firma się wzięła, nie mnie dociekać. Ale ten pas startowy o deklarowanej długości 1300 metrów, powinien być przedmiotem do przemyśleń. Ja oczywiście rozumiem, że w Puszczy Augustowskiej jest wiele drzew do przerobienia na płyty wiórowe firmy "Forte", ale lotnisko dla jej prezesa zdaje mi się grymasem obrażającym moją inteligencję. Wprawdzie Suwałki dorzucą do tej imprezy kilka milionów PLN,  lecz zysk będzie wymierny, albowiem po Suwałkach w niedalekiej przyszłości może zostać żwirowe wyrobisko.
(Póki co, dobrze by było, by polskie samoloty – jeśli takowe jeszcze są – zestrzeliwały obce samoloty rozsiewające bezkarnie nad Polską to, co rozsiewają!
Tak wyglądało dla przykładu niebo nad Suwałkami w dniu 16 sierpnia 2017 roku).


 Wygląda na to, że prezydent Suwałk chce być najbardziej obiecującym biznesowo  hurtowym przedsiębiorcą pogrzebowym. Wdzięczność suwalszczan będzie zaiste dozgonna.
Najważniejsze, by pogrzeb był katolicki!

P.S.
"Na przesmyku suwalskim stoją Amerykanie i pilnują ruchu drogowego w tej chwili, sprawdzają samochody, które jeżdżą. Abramsy jeżdżą sobie po drogach. Do końca roku przybędzie tam druga brygada  pancerna /.../ to nasz sojusznik i obrońca" – Józef Orzeł (narodowości prawniczo–handlowej) w patryjotycznej pogadance. (Pisowska agencja "Klub Ronina" - 22 sierpnia 2017).



sobota, 19 sierpnia 2017

GŁOWACKI Janusz

Dzisiaj umarł Janusz Głowacki. Przypominam więc moją laurkę sprzed kilku lat, która z konieczności pełnić musi teraz rolę klepsydry. 

Szczeniak byłem i nie śmiałem odmówić znanemu już ówcześnie pisarzowi, gdy ten zaproponował mi spotkanie. Scenariusz do projektowanego filmu miał się poniekąd napisać już sam.
Umówiliśmy się przy czterech czuwających śpiących żołnierzach, zamienionych przaz bogów w żeliwne posągi, trzymające wartę przy sojuszu polsko – radzieckim tuż obok praskiej cerkwi. Głowacki nadszedł punktualnie od strony Dworca Wileńskiego, falując skrzydłami białego kożuszka, który w owych czasach pełnił rolę znaku przynależności do elity w ten sam sposób, jak oficerki w czasie niemieckiej okupacji podkreślały niezłomność powstańczego polskiego ducha. Na "Głowie" posiadał loczki cokolwiek czarne a obfite, i trochę przypominał mi Puszkina w urodzie jakże męskiej. (Z pomnika powiało grozą).
Z zachwytem wpatrywałem się w ten produkt krajowy brutto kultury  artystycznej i towarzyskiej późnego PRL–u. Onże tymczasem wygłosił kilka zdawkowych uwag o względności czasu, z niesmakiem ocenił mój specjalnie na to spotkanie skrojony chałat, sięgnął za pazuchę i wydobył swoją "Wirówkę nonsensu", co, jak zrozumiałem, miało stanowić dla mnie przesłanie na dalszą drogę życia. Załopotał potem połami kożuszka (białego) i odleciał do Nowego Jorku, gdzie rozpoczął studia nad Sofoklesem, dając tym patriotycznym czynem duchowe wsparcie zagubionym polskim emigrantom, którzy zwątpili w polskość tworzoną nad Wisłą.

Teraz  Głowacki żyje z procentów od skarbu hrabiego Monte Christo i znów należy do umarłej elity, co pokrzepiającym jest symptomem, że prawdziwa sztuka i literatura nigdy nie przemijają!

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

DUSZKA

Dzisiaj, w piętnastym roku swego żywota, odeszła do Krainy Wiecznych Łowów Dobrego Boga Manitou, nasza kotka Duszka. Sam jej przed laty nadałem takie imię, albowiem jej pan – Stasio – grał akurat na fagocie. To był zwyczajny kotek uratowany z małopolskiej wsi. Kiedy Stasio też odszedł, Duszka wylądowała u mnie jako dopust boży. Ale cóż, trzeba się było zająć osieroconą i schorowaną kotką, która po śmierci Stanisława siedziała bez przerwy przed jego zdjęciem. W Bronnej Górze dożywała swoich dni i nie wiem, czy byłem dla niej wystarczająco wyrozumiały. Ale Duszka walczyła z determinacją o moją przyjaźń i miała w tej dziedzinie spore osiągnięcia. A przecież jest wiadome, że byłem zdeklarowanym nieprzyjacielem kotów. I otóż Duszka zażyła mnie tak kilka razy, że i nie było co po moich deklaracjach zbierać.


I to tylko powiem, że ten niepozorny kotek miał o mnie wiedzę daleko większą, niźli ja o sobie samym. (Przecież nie bez powodu Egipcjanie mieli dla kotów taką cześć. Dlatego miała także drugie imię: Ufek, bo było jasne, że jest przybyszem z kosmicznej cywilizacji)!
Dzisiaj, o czwartej rano, Duszka wskoczyła na moją pierś, mrucząc w kocim zwyczaju. Tym razem zaraz wiedziałem, że to jest jej ze mną pożegnanie.
Duszeńko, do zobaczenia! 

czwartek, 3 sierpnia 2017

LISOWSKI Jerzy

Przyjechał kiedyś do Zalesia Dolnego, do domu przy ulicy Jałowcowej. Kiedy wytoczył się ze swego arystokratycznego – na ówczesne czasy – ekwipażu marki volvo, sosny i starożytne dęby zaszumiały w zachwycie. Tedy już na starcie zostałem  niemotą, bo cokolwiek bym nie powiedział – nie mogło  się równać szwedzkiej stali. Kiedy przy okrągłym muzealnym stole spożywaliśmy wieczorny posiłek, okazało się, że facet w dodatku po francusku konwersuje. Ja wprawdzie wiedziałem, że zna francuski, ale tak przy stole... (Pewnym dla Lisowskiego usprawiedliwieniem mogła być ta okoliczność, że właśnie córce gospodyni powierzył był tłumaczenie ostatniego rozdziału "Wniebowstąpienia" Konwickiego, co jest dla mnie do dzisiaj objawem woli paradoksalnej). Upadłem więc na twarz, bo przecież nie wypada w wątpliwość podnosić szczególnej dla arystokracji estymy dla francuszczyzny, bo polszczyzna to jednak język plebsu.
Po latach wysłałem Lisowskiemu do "Twórczości" trochę wierszy. Szybko dostałem entuzjastyczną odpowiedź. (Kolacji nie umiał zidentyfikować, albowiem nie określiłem perfidnie miejsca, żeby nie posądzić siebie o szukanie taniej protekcji). Aliści  entuzjazm Lisowskiego zdał mi się i tak na wyrost, a to dlatego, że jako jeden z pierwszych, całkiem anonimowo, wydobywałem Iwaszkiewicza z zapomnianej kryształowej trumny.
Po kilku latach znów coś Lisowskiemu wysłałem. Otrzymałem odpowiedź, gdzie trudno było się dopatrzyć redaktorskiej myśli. Pewnie trafiłem na poniedziałek, bo pismo miał tak rozchybotane, że nie mogłem ustalić z całą pewnością, kto do mnie napisał.
Dzisiaj nawet nie wiem, czy "Twórczość"istnieje.

sobota, 29 lipca 2017

RYMKIEWICZ Jarosław Marek

Miłość moja nieodwzajemniona!
Kiedy jako szczeniak nosiłem za pazuchą Jego cienką książeczkę pt. " Czym jest klasycyzm", miałem żarliwą wiarę, że obcuję z księciem poetów. Bo to poeta wybitny, jako i pisarz.
Tedy nie można się dziwić, że przywołałem słowa Rymkiewicza jako motto mojego wiersza wydrukowanego  swego czasu w  (warszawskiej) "Kulturze".
Tymczasem nasze drogi jeszcze bardziej się zeszły, bo wyprodukował pan Mareczek nad Wigrami dość natchnioną glosę na wyniesienie Adasia Michnika do katolickiego Panteonu w dymach kadzideł.
Nie można się więc także dziwić, że Adaś po latach chciał jakoś odpłacić dobrą monetą swemu dobroczyńcy i nagrodził Rymkiewicza nagrodą "Nike". Ale Rymkiewicz już był z Adasiem poróżniony, więc cichcem wziął te marne sto tysięcy i uciekł z gotówką. Naonczas Adaś się wkurwił na taką niewdzięczność i podał Rymkiewicza do sądów, które jakoby są w mocy rozstrzygać poetyckie i publicystyczne spory.
Po latach Jarosław Marek Rymkiewicz doznał następnego objawienia i miłować począł brata poległego w Smoleńsku prezydenta – albowiem "tylko on ma pomysł na Polskę". Ta Rymkiewicza adoracja świętego obrazu ma takie skutki, że już byle kto może potwierdzić, iż wybitni poeci mały mają kontakt z rzeczywistością.

ŚWIADEK

Przychodził do mnie z racji pełnionej przeze mnie funkcji. Mąż był w sile wieku i nie ułomek, siwe włosy nie zagościły jeszcze na jego skroniach. Kiedy się zbliżał, nie można było nie odnieść przymusowego wrażenia, że człowiek ten został trafiony piorunem: w szyi była wielka wyrwa, w twarzy wyrwane pół policzka. Nie miałem śmiałości, by pytać...
Po pewnym czasie on sam zagadnął.
 – Pewnie się zastanawiasz, skąd mam te rany. Nie, to nie był wypadek. Miałem siedemnaście lat i leżałem ranny na podłodze w szpitalu powstańczym na ulicy Freta, gdy weszli Niemcy. Z miejsca rozpoczęła się egzekucja. Niemiec chodził między rzędami i dobijał rannych strzelając z pistoletu. Widziałem, jak się do mnie zbliża. Kiedy stanął nade mną,  zobaczyłem ziejącą otchłanią lufę pistoletu i  trupią czaszkę. Celował w moją głowę. Może miał już zmęczoną rękę, bo wystrzelił dwa razy. Potem leżałem wśród trupów, aż ktoś zauważył, że jeszcze oddycham. Taka jest moja krótka historia.
Musi więc być jakaś genetycznie wdrukowana pamięć, skoro ja, urodzony po tych wydarzeniach, tak bardzo od najmłodszych lat płakałem w powstańczym szpitaliku na ulicy Freta.

poniedziałek, 24 lipca 2017

GILOTYNA

"Jeżeli wiemy, że było w Polsce takich Jedwabnych setki, jeśli nie tysiące; jeżeli wiemy, że Polacy uczestniczyli w Holokauście zagarniając sąsiadów Żydów do stodoły, paląc /.../ Nieprawda że element niewykształcony, nieprawda że z podjudzenia Niemców : z żądzy zysków /.../ Żeby mieszkać w ich domach i zgarniać ich kosztowności. Gwałcili kobiety, dopuszczali się aktów bestialstwa, zabijali mężczyzn. Polacy zabijali tym co  mieli pod ręką: widłami, łopatami, dźgali, bili... (dokładnie tak samo co w Ukrainie Polaków). 
Taki duet w osobach Marcina Tellera i Elizy Michalik wystąpił w studiu "Superstacji" 14 lipca 2017 roku, w cyklicznym programie "Gilotyna".
Nawet gdybym był nekrofilem, to bym się nie załapał na Elizy trupie wdzięki. Gilotyna ucina przecież głowy, tradycyjnie uznane za siedlisko myśli. Po takiej egzekucji reszta ciała pozbawiona jest wszelkiego wdzięku. Przeżyje tylko czuwający cenzor, którego profesja zdaje się być odporna na przemijanie.

czwartek, 6 lipca 2017

WARAKOMSKI Marian

Pochowałem dzisiaj Przyjaciela, za którym taką  skargę wnoszę, że znaliśmy się lat zaledwie kilka. Była to wzajemna chyba sympatia od pierwszego wejrzenia. Bowiem Maniuś to było Zjawisko na kamienistym suwalskim gruncie, który małe przynosi plony.
Zawsze Maniusiowi mówiłem, że wszystkie sienkiewiczowskie ekranizacje są bez Jego udziału gówno warte. Maniuś jednak był odporny na wszelkie pochlebstwa i demagogię, więc spławiał mnie dobrotliwym ruchem ręki. Bo miał prawo się czuć dziedzicem znamienitego w Polszcze nazwiska herbu Abdank!
Kiedy wypowiedziałem słowa "Puma Punku", tylko Maniuś wiedział, do czego te słowa się odnoszą. Więc często sobie gaworzyliśmy na te tematy.  Zawsze z taktem i poczuciem humoru.
"'Kaolicką tradycję" miał za nic i patrzył w gwiazdy, bowiem tylko takiej hołdował wierze, że Bogowie nie zostawią nas na pastwę naszej karykaturalnej bezmyślności.

Maniuś, my wszyscy zostaliśmy obdarowani Twoją obecnością: wracaj tedy do nas! 61 wiosen to stanowczo za mało! 

niedziela, 11 czerwca 2017

WIGIERSKI klasztor

Wprawdzie kamedułów już dawno wyduło, ale pozostali katoliccy dysponenci kamedulskiego majątku.        Po wielu historycznych perturbacjach – prawie nic z budowlanej materii nie zostało. Za tzw. komuny zrekonstruowano z pietyzmem kamedulskie zabudowania i nie tylko – w zamian za pięćdziesiąt lat użytkowania dla dobra narodowej kultury. Aliści przyszły nowe czasy i znowu wszystko legło w gruzach, bowiem katolicka zgraja wyczuła koniunkturę i zażądała zwrotu czegoś, co nigdy nie posiadała.  Temu żądaniu stała się zadość, bo kto w Rzeczypospolitej ma tyle odwagi, by powiesić na szubienicy portret biskupa!
Kiedy więc trzeba było wyłożyć jakiś katolski grosik na konserwację, zaraz się odezwały skargi.
I tak, lekką rączką, wydatkowała Rzplita prawie 10 milionów PLN na ratowanie Areopagu Nowej Ewangelizacji, która to ameba drze mordy przy pomocy wzmacniaczy i głośników na całe Wigry i Puszczę.
Nic to, że się drze w Wigierskim Parku Narodowym. Nic to, że nagłaśnia swoje komercyjne paciorki unicestwiając Słowiańszczyznę. Albowiem tej katolskiej nacji wydaje się, że uzyskała wszelkie prawa do dysponowania polskością. 

poniedziałek, 22 maja 2017

STACHOWIAK Igor

Zabrany brutalnie o poranku z ulicy, nikomu nie wadzący, torturowany i zamordowany dnia 15 maja 2016 roku przez policyjnych siepaczy w komisariacie we Wrocławiu przy ulicy Trzemeskiej 12. W torturach, w policyjnym klozecie, brało udział czterech stróży prawa i sprawiedliwości. Skuty i półnagi wił się z bólu na zroszonych policyjną uryną kafelkach. Główny oprawca urlopowany wprawdzie został na trzy miesiące, ale po stwierdzeniu braku znamion przestępstwa przywrócony do strzeżenia pisowskiego ładu. Wojewódzki herszt policyjnych zbirów i jego rzecznik prasowy bez mrugnięcia okiem zastosowali sprawdzone wzory policyjnych dochodzeń, co ministerialny herszt – odpowiedzialny za policję podlaski Nosferatu Zieliński – przyjął z aprobatą. W grudniu 2016 roku, po wnikliwym śledztwie, prokuratura umorzyła postępowanie. (Prokurator generalny Zbigniew Ziobro ćwiczył właśnie dykcję). 22 maja 2017 roku – po medialnym powtórnym nagłośnieniu i upublicznieniu nagrań rejestratorów, skrywanych dotąd skrzętnie – główny minister Błaszczak wykonał pański gest i z troską i bólem zalecił (!) zwolnienie z policji jednego mordercy. Reszta nadal wykonuje czynności! Ministrowie zaś prześcigają się w aplauzach i matactwach!
I po tym chwilowym tumulcie zniknął w kosmicznej przestrzeni pisowski akt zemsty, że w latach 2012–2015 zanotowano aż 42 (czterdzieści dwa) przypadki zgonów podczas policyjnych interwencji.

Igor żył lat 25.

("Rów, w którym płynie mętna woda
Nazywam Wisłą
Na taką miłość mnie skazali
Taką przebodli mnie ojczyzną").
Zbigniew Herbert
.

piątek, 19 maja 2017

WĄTŁY Jakub

Był sobie kiedyś taki cesarz, który bardzo chciał zasłużyć na miano wyrozumiałego cesarza. Polecił tedy swoim urzędnikom, by pejsatym obywatelom nadać nie tylko obywatelskie prawa, ale i nazwiska jakieś bardziej oględne. Urzędnicy, jak to urzędnicy, wykonali skwapliwie cesarski rozkaz, ale nie umieli się powstrzymać od złośliwości. Powstało wtedy wiele nazwisk typu Klein lub Gross albo Wątły w tłumaczeniu. I nie byłbym zwracał uwagi na takie fizjonomie i ciekawostki, gdyby nie szczególne okoliczności, do których uczestnictwa zostałem przymuszony. Owóż jegomość odbity w "Krzywym Zwierciadle" założył skórę węża albo wytatuowany chałat żmijowego plemienia i czyni Lechitom za ich sumienie.
Co z kronikarskiego obowiązku tutaj po wsze czasy zapisuję!

(Po napisaniu tej laurki zostałem ugodzony dylematem: jest to afirmacja, czy nikczemny paszkwil? Może mi ktoś podpowie...?).

poniedziałek, 27 lutego 2017

GAGUCKI Łukasz


Mój Dziadek w Petersburgu – rok 1916. Na piersi Krzyż św. Jerzego.

(Legion Polski  w Rosyjskiej Armii – moje marzenie)!

czwartek, 2 lutego 2017

SAMO(NIE)RZĄD

Rząd, czyli ponętnie zwodnicze nikczemne władztwo nad poddanymi, którzy sami sobie sprowadzają na łby tę plagę. Zaraz po tym akcie zaprzaństwa wobec lechickiej przeszłości, usiłują ubrać swoje rachityczne mózgowe komórki w odświętne szaty. Tedy zakładają ornaty, komże i habity, kardynalskie kapelusze i biskupie mycki, poselskie i senatorskie garnitury oraz ministerialne krawaty.
Za tą zgrają, przestępując z nogi na nogę – sposobi się zawsze gotowa, usłużna i dobrze opłacana  samo(nie)rządowa swołocz: marne dwieście tysięcy PLN rocznie na uposażenie wójta robi na maluczkich wrażenie, co jest tylko symboliczną wskazówką. Tym bardziej, że na widoku są jeszcze pożytki z innych intratnych gminnych inwestycji na chwałę odmóżdżonego wyborcy, który jest szczególną formą niezniszczalnego truchła. W takiej postaci, owinięty polskim sztandarem, trwa i się nadyma polacki samo(nie)rządowy zombi.

czwartek, 19 stycznia 2017

OLSZAŃSKA Michalina

Same mam utrapienia z Aleksandrem Jabłonowskim, który z chorążego Olszańskiego się wykluł. Nie dość, że Agnieszkę Fatygę skołował, to jeszcze miał czelność córeczkę nad wyraz utalentowaną i piękną zaprojektować. I oto wyrosła nam mimochodem Michalina Olszańska, urodzona raptem w 1992 roku, w co trudno uwierzyć. Gra Michalina pięknie na skrzypcach (sam próbowałem niegdyś, więc wiem),  stawia literki na kartach książek i gra kochankę ostatniego cara Mikołaja II w rosyjskim filmie, co w polskiej rusofobii jest nie do pojęcia. Jakże więc Krzesińska musiała zdradzić powstańczą martyrologię – na której piszczelach stara się kuśtykać obecny złowieszczy patriotyczny zaciąg – by się przemienić w Olszańską.

piątek, 13 stycznia 2017

WYZNANIE wiary

Kiedy wypiję dwie butelki wina,  chodzenie po wodzie nie sprawia mi trudności. Po trzeciej butelce zaczynam lewitować i nie wiem kim jestem. Po czwartej unoszę się do boga ojca, który zawiesza mnie na rzymskiej szubienicy, abym wytrzeźwiał. Piątą butelkę wypijam po zdjęciu z krzyża i moim zmartwychwstaniu. Domagam się tedy adoracji nawiedzonych przygłupów, czyli paciorków i całowania moich stóp. Proszę także o zwolnienie mnie z wszelkich podatków oraz gwarancji, że państwowe subsydia na moje religijne oszustwa zostaną wpisane do Konstytucji. 
I tak mi bozio dopomóż...

sobota, 5 listopada 2016

JAKUBOWSKI Felek

Nie wiedział, że został namalowany przez Józefa Chełmońskiego i przez roztargnienie pozostawiony na tym padole ku zgryzocie i poniewierce. Tak czy owak pełnił swoją rolę włościanina z godnością i nigdy się nie splamił innym narzędziem jak sierp i kosa osadzona na drewnianym stylisku. Ubierał się także zgrzebnie w białe lniane koszule i portki. Kiedy wracał z łąk wysoko na wozie z sianem, nie było jasne, czy mamy do czynienia z oryginałem czy też z żyjącą kopią.
Kiedy niespodzianie umarł – choć miał już swoje lata – w Klubie Angielskiego Gentlemana, którego byłem zaszczytnym prezesem, akurat odstawialiśmy trzecią półlitrówkę pod stół na trzech. Byliśmy więc w znieczuleniu sposobnym, aby równie godnie przyjąć tę wiadomość. Czas był okrutnie jesienny, więc nie było miejsca na teatralne deklamacje. Tedy jako pierwsi żałobnicy, potykając się w ciemnościach, udaliśmy się w trzyosobowym pochodzie do pobliskiej chałupy.
Felek faktycznie siedział pod oknem i nie oddychał. Cieplutki był. Niewiasty podniosły swoje głosy wysoko: on przecież dopiero co zjadł ze smakiem kaszkę! Jeśli jednak to trup już jest, to trzeba go czym prędzej ubrać odświętnie do trumny, bo zesztywnieje!
Tak więc przystąpiliśmy do dzieła i dalejże zrywać z Felka jego nieprzystojne dla majestatu śmierci lniane portki, coby go w odświętny garnitur przyodziać, bo Charon akurat może mieć chandrę.
Felek wciąż nie protestował i nawet miałem wrażenie, że liczy na promocję w edycji pornograficznego filmu. Albowiem jego sterana na żęciu zboża kuśka nam się ukazała w całej okazałości. A było na co popatrzeć!

Felek, co to w młodości nawet na skrzypkach i własnym fagocie pannom też potrafił bez antykoncepcyjnych środków przygrywać, odziany w dostojne śmiertelne szaty, stygł sobie powolutku na stole. A my wróciliśmy do czwartej półlitrówki, bo tak nam nakazuje polacka wierność dla śmiertelnego sztandaru.


poniedziałek, 12 września 2016

PITOŃ Sebastian

Prawie odkrycie na miarę zatopionej Atlantydy, a to raptem góral w kapeluszu z muszelkami gadający u podnóża Tatr. 
Pitoń TV zastąpić może wszystkie wieczorne telewizyjne pogadanki, a nawet misia z okienka i tasiemcowe seriale edukujące tubylczy tłumek udający się na mszę. Wszakże patrzy sobie pan Sebastian na te swoje góry ze szczególnym sarkazmem, albowiem postuluje likwidację Tatrzańskiego Parku Narodowego, rozbudowę na odzyskanych dla górali terenach kolejek, wyciągów i nartostrad, budowę hoteli w tatrzańskich dolinach oraz wykucie w Tatrach tunelu na drugą stronę piekła, czyli to wszystko, o czym już przed ponad stu laty "marzył" Jan Gwalbert Pawlikowski, domownik słynnej Witkiewiczowskiej chałupy. – Mam wszakże tę uporczywą wątpliwość, czy nie staliśmy się aby zanadto infantylni dla realizacji tak baśniowych wizji. 

piątek, 19 sierpnia 2016

KACZYŃSKI Jarosław

Klęcznik Jarosława Marka Rymkiewicza. Figurka z otoczenia Matki Boskiej Pisowskiej. Odlew gipsowy maski pośmiertnej Piłsudskiego. Pośredni sprawca katastrofy smoleńskiej. Plenipotent szalejącej Śmierci. Egzekutor Andrzeja Leppera. Grabarz polskiej myśli politycznej. Żoliborski sztukmistrz bogoojczyźniany. Klawisz w więzieniu na Rakowieckiej. Strateg w fabryce pluszowych misiów. Patriota banderowskiej odmiany Chazarii. Ojczym prezydęckiej Marionetki.
Umysłowa Nicość – czyli flaszka na dwóch po dowolnej stronie księżyca! 

wtorek, 9 sierpnia 2016

MERCEDES 123

Od zawsze budził moją skrywaną tęsknotę. Kiedy więc zasiadłem wreszcie za sterami 123 z dieslowskim silnikiem o mocy zaledwie 60 koni mechanicznych – moja tęsknota zamieniła się w zdecydowaną pychę, albowiem spełnienie marzeń rodzi różne aberracje. Wszakże 8 lat wspólnego na tym padole przebywania, zrodziło z czasem bardziej racjonalnie udokumentowaną fascynację, która wciąż ma się dobrze. Razem więc okrążyliśmy naszą Ziemię po równiku przynajmniej trzykrotnie i wszelkie podejrzane pytania o awarie są co najmniej niestosowne.
Rozstałem się z moją dwusetką tylko dlatego, że nie umialem odegnać bardziej perwersyjnych mechanicznych chuci. A ich symbolem był 123 kombi z trzylitrowym silnikiem, pięcioma cylindrami i 88 końmi, które wszystkie pasą się zawsze tylko na moich łąkach. Tym zaprzęgiem powoziłem przez następne 140 tysięcy kilometrów (bez żadnej awarii), by w wyniku mojego umysłowego zamroczenia powierzyć moje cacko Fagociście z zespołu "Śląsk", który nie umiał docenić mojej bezinteresownej determinacji. 
I oto właśnie, po jedenastu latach, wrócił do mnie (wprawdzie mocno sfatygowany przez owego Fagocistę, jako wyrzut sumienia katowskiej profesji) mój zielony 123 kombi z całą swoją mocą, która nie jest z tego świata.


(Pałac w Nieborowie latem roku 1997. W tle mój przybrany ojciec, architekt Mieczysław Piprek, zakładający deszczową kurtkę).

wtorek, 31 maja 2016

BLAGIER

Rachityczna emanacja smoleńskiej mgły, usiłująca z elokwencją polackich standardów naśladować barona Münchhausena: – oto Chris Cieszewski, ołowiany żołnierzyk i kłopotliwy właściciel bredni, gwiazdorski tancerz na kartach sfałszowanych rzekomo akt bezpieki: złożony z rozmytych pikseli w Świątyni Pisuaru, które agenciaki z CIA uznali za najbardziej wiarygodne, albowiem  hamerykańska wojenna sraczka  robi za polską rację stanu.

środa, 25 maja 2016

PIWO

Wprawdzie Mateusz Piskorski zażywa wolności posiadania niesłusznych poglądów w celi na ulicy Rakowieckiej; wprawdzie zdarzenie to ma pojemny wymiar symboliczny, ale ja krotochwilnie oddam się piwnym dywagacjom, coby polskiej martyrologii nie czynić aplauzu.
Tak więc chciałbym przypomnieć politycznym katolskim doktrynerom, że wybitny dość prezydent ich umiłowanej Hameryki, Mr. Benjamin Franklin podawał, że istnienie Piwa jest największym dowodem na istnienie Boga!
Musiał Franklin to spostrzeżenie ściągnąć od szlacheckich Sarmatów, bo ci, jako żywo, bez Piwa ani na wojnę, ani na katolską mszę udawać się nie myśleli. Chlali więc równo średnio trzy litry Piwska dziennie – co odkryli skrupulatni badacze – i z takimi procentami wybierali Sasa zamiast Lasa. Tedy, co zapodaję na marginesie, także Orzeł Biały musiał być wczorajszy!
W przedawkowaniu więc Piwa widzę praprzyczynę obecnej przewalanki, której niechcianym patronem zdaje się być więzień polityczny IV RP Mateusz Piskorski.

piątek, 20 maja 2016

RACHOŃ

Wtrącenie do pisowskich kazamatów Mateusza Piskorskiego, zdaje się być dopełnieniem prowokacji wobec Andrzeja Leppera. Autor ten sam, chociaż tak wyspowiadany i rozgrzeszony przez Marionetkę. Zaraz się też służbiście odezwały pomniejsze marionetki, pełniące role dziennikarskich wykidajłów i grabarzy. W dawnych czasach orkiestra pod dyrekcją Rachonia zapełniała fale Polskiego Radia z poczuciem słusznej misji. Wtórowali Rachoniowi harmoniści Wesołowskiego i mandoliniści  Ciukszy. Dzisiejszy zaś Rachoń tak sobie rachuje, że grać umieć nie musi, bo z całej orkiestry wystarczy Rachoniowi policyjna pałka, hamerykański żołdak i umiłowany destruktor "naczelnik" jako dyrygent.

środa, 18 maja 2016

ŚWIR

Zwykle Świr zakręcony jest w lewą albo w prawą stronę. Dlatego może pełnić pożyteczną rolę w uprawie ugoru. Czasem jednak przemienia się w obłęd albo manię. Dla tych porównań jedynie skuteczna wydaje się patryjotyczna psychoza. Dlatego 59% uczestników tubylczej ankiety jest jak najbardziej zdrowych na umyśle. Pozostałe 41% wymaga policyjnej psychiatrycznej hospitalizacji. Antek Policmajster w białym fartuchu dokona ostatecznej selekcji.

środa, 11 maja 2016

BEŁKOT

Wedle słownikowych wyjaśnień: niezrozumiała mowa, nieartykułowane dźwięki, pijacki szmer, bulgotanie. Tak ocenia moją twórczość Jerzy P. – skądinąd bohater  "Abecadła". To krystaliczne źródło mowy ojczystej ma solidne umocowanie w fanatycznym kółku różańcowym, które nie ma w  swojej konstytucji zmiłowania ani dla siebie, ani dla adwersarzy. 
Tedy pokornie radzę: nie silić się na projekty ponad własną miarę!
Samo przejdzie!


środa, 4 maja 2016

MICHALIK Eliza

Zgrabna szpilka. Dość tępa stalówka. Cztery lata w portkach Gumki Majtek Sakiewicza – paranoicznego rusofoba i kawalera orderu banderowskiej odmiany Chazarii – zażywała publicystycznej ekstazy.
Eliza... – ten utwór ćwiczyłem bez końca na moim pierwszym fortepianie. Osiągnąłem nawet pewną biegłość w pasażach, ale Eliza uparła się grać na flecie prostym pod publicystyczną kołderką. 
I teraz mogę być zaledwie marnym przyczynkiem do Elizy internetowej maskarady, bo Eliza umie z wdziękiem naciskać odpowiednie klawisze, które ja kwalifikuję do strojenia. 

środa, 27 kwietnia 2016

1066

Ustawa ta, wprowadzona na terytorium Rzplitej przez zdradziecki zaciąg najemników, oprotestowana przez pisowski teatrzyk szmacianych lalek dla uwiarygodnienia patriotycznej opcji – spoczywa oto wśród kartek modlitewników katolskiej wersji dziejów, znajdujących się w podręcznym dyspozycyjnym archiwum.
1066 – czyli sterylna chuć demona, który wydał na świat ukrzyżowanego Fallusa pod kryptonimem 966.

Nic to, jakoś to będzie... powiada pomnikowa tubylcza bakteria z polskim na cokole sztandarem!

niedziela, 17 kwietnia 2016

GARGAS Anita

Upośledzony klon formuły dziennikarskiej rzetelności. Autorka monodramu p.t. "Wybijane na smoleńskim wrakowisku okienko". Cyniczna mózgowa łechtaczka dla fanatycznych fanów demona Jahwe i Maryi Zawsze Dziewicy. Wyuzdana miesiączka smoleńska!

piątek, 15 kwietnia 2016

PROWOKACJA

To pojęcie jest używane zwykle bez oglądania się na imponderabilia. Bo nie każdy ma tyle siły woli, by oprzeć się o odcienie w poetyckiej wersji. Zwykle wystarczy protokół z zagłady ludzkiego planktonu.
Kiedy jednak na Bałtyk wpływa hamerykańskie wojenne żelastwo, tylko helikopter z polskimi znakami na jego pokładzie świadczy, że są to zaledwie akrobatyczne ćwiczenia lądowych polskich jednostek, a nie agresywne manewry. 
Klechistan i Kaczystan  – w jednym stoją domu! Za oknem mgła smoleńska i klechicki obłęd!