środa, 16 kwietnia 2014

KOŚCIELSKI Zygmunt

Tak na przednówku — gdy niecierpliwie wyglądamy słonecznych podmuchów — zacząłem się z wampirycznym wdziękiem rozglądać za następną ofiarą, której krew nie zatruje ani mojego serca, ani mojego w miarę dobrego mniemania o sobie.  I akurat napanoszył się z mroków niepamięci bohater  tego aplauzu.
Owóż Zygmunta poznałem nad Utratą, gdy jeszcze był delikatnym i wiotkim młodzieńcem. Coś tam pisywał, coś tam też z konieczności wygłaszał. I w tej materii zapadł mi się w pamięć dlatego, albowiem orzekł, że wiedzę — i owszem — mam sporą, ale "nieuporządkowaną". I chyba od tego czasu staram się, tak bardzo się staram — być bardziej uporządkowany! 

Tak czy siak mamę miał wspaniałą: z Bohdanowiczów, którzy na rynku w Tykocinie kiedyś trwali. Zygmunt utratę rodowej chałupy jakoś przeżył i zatrudnił się w TVP, gdzie był ważnym redaktorem. Potem odpowiednie siły puściły plotkę, że Zygmunt nazywa się w istocie Burski — i go zmieszali publicznie z błotem, co jest przykładem takiej patriotycznej schizofrenii, której zasadniczym symptomem jest naganność służenia swojemu krajowi w WSI, a wynoszenie na pomniki zdrajcy wysługującego  się amerykańskiej wojennej fladze na wszystkich kontynentach.

Kiedy, po latach, odezwałem się do niego podając mu adres Dziupli, zanurzył się nieoczekiwanie  w jakiejś toni, gdzie postanowił uchodzić za eksperta od druków ulotnych, które ja tak bezrozumnie kiedyś wspomagałem.  Naturalnie śmieszy mnie nieco ta nowa Zygmunta profesja, albowiem jest w pewnych kręgach przyjęte, że nie uchodzi pisać o wszystkim. Tedy korzysta on u mnie z immunitetu. Ostatecznie nawet dawna przyjaźń powinna mieć swoje przywileje!